Wstęp

Hermiona Granger, postanawia opowiedzieć dzieciom jak doszło do tego, że jest z ich ojcem. Czytelnik od samego początku nie zna jego tożsamości, może się jedynie domyślać kim on jest...

czwartek, 30 stycznia 2014

Nienawiść.




"Nie ma większej niena­wiści, niż zrodzo­na z bliskości." ~Wiesław Myśliwski

***

Kiedy człowiek staje przed czymś co go przeraża, ma ochotę uciec. Ale gdy to co go przeraża ma związek z jego bliskimi, chcę za wszelką cenę stawić temu czoła. Chce krzyczeć, kopać, walczyć do końca. To właśnie czułam patrząc na zmasakrowaną, ledwo żywą Arielle. Gdy tylko spróbowałam ją przenieść, straciła przytomność, a z otwartej rany brzucha wypłynęła ciepła krew. Nie wiedziałam kiedy zaczęłam płakać, a mięśnie nagle odmówiły mi posłuszeństwa. Klęczałam nad nieprzytomną Arielle modląc się, żeby jakimś cudem przeżyła. Żeby coś nas uratowało. W pewnym momencie zorientowałam się, że grzebię jak szalona w torebce w poszukiwaniu czegoś, co prawdopodobnie nie istnieje. Czułam, że wariuję. Działałam mechanicznie, a mój rozum zdawał się być bardzo odległy od mojej duszy, która wraz z tym widokiem rozszarpała się na milion kawałków. W pewnym momencie cisnęłam torebkę na odległość trzech metrów, otarłam rękawem łzy i chwyciłam przyjaciółkę za rękę. To wszystko co mogłam wtedy zrobić. Patrzyłam na nią i myślałam o najgłupszej rzeczy, jaka mogła mi przyjść w tamtej chwili do głowy. Jaki jest skrót do Arielle? Czemu nigdy nie mówiliśmy do niej pieszczotliwie? Powinna wiedzieć, że ją kochaliśmy. Że jej energia i wszystko co dawała z siebie, było dla nas ogromnie ważne. Może Ari? Lub Rielka? Czułam się naprawdę żałośnie, zacisnęłam mocniej malce na dłoni Ari. Nienawidziłam siebie. Mimowolnie uśmiechnęłam się przez łzy, a po chwili wstałam, żeby z porzuconego plecaka wyjąć koc i przykryć nim Arielle. Wiedziałam, że próba przeniesienia jej, tylko i wyłącznie zaszkodzi. Wyjęłam miękki różowy materiał i przykryłam nim Arielle, patrząc jak jej klatka piersiowa unosi się i opada, niezwykle delikatnie.
Zmrok zapadał bardzo powoli, minuty zdawały się być godzinami, a ja dopiero słysząc ptaka na drzewie zdałam sobie sprawę, że nie rzuciłam zaklęć ochronnych. Podniosłam się leniwie, niczym zombie w mugolskich filmach.
- Protego Totalum.
Mój głos był beznamiętny. Obcy. Chrypliwy. Wymamrotałam jeszcze parę zaklęć i usiadłam z podkulonymi nogami. Pamiętam ten dzień jakby to było dzisiaj.Wszystko o czym marzę to zginąć. Tego wieczoru myślałam jedynie o tym, dlaczego właściwie się nie zabiłam. To przeze mnie rozpoczął się ten cały koszmar. Wszystkim było by o wiele lepiej, bez mojej obecności. Położyłam się spać w odległości metra od Arielle i przykryłam się swetrem, który spakowałam tuż przed opuszczeniem Hogwartu. Różdżkę schowałam do buta. Zamknęłam oczy i zasnęłam.
Usłyszałam dźwięk mocno wciąganego powietrza i natychmiast zerwałam się na nogi. Wtedy stałam się świadkiem dwóch najgorszych wspomnień w moim życiu. Najgorszych, bo pojawiły się na raz.
Arielle McDonely umierała. A las stanął w płomieniach.

***

- Harry?! - krzyczał Ron w kompletnej ciemności.
Nie usłyszał jednak odpowiedzi. Było całkowicie ciemno więc nie mógł dojrzeć Pottera. Wiele ryzykowali z Harry'm aportując się tutaj. Coś jednak podpowiedziało im, że jeśli w Hogwarcie mogą robić co chcą, to ta zasada obowiązuje już w całym magicznym świecie. Niewiele się pomylili. A przynajmniej taką nadzieje miał Ron kiedy szedł po omacku w kompletnej ciemności. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że trzyma w dłoni różdżkę.
- Lumos! - powiedział i poczuł, że światło razi go po oczach.
Natychmiast obrócił ją w drugą stronę i rozejrzał się po pomieszczeniu. Zobaczył regały. Ale nie było na nich przepowiedni, tak jak wtedy kiedy byli tu ostatnio. Po Harry'm nie było ani śladu, a on czuł jak narasta w nim panika. Szedł jednak mimowolnie do przodu.
- Ron? - krzyknął gdzieś z oddali Harry.
Popędził do przodu w kierunku głosu i nagle zderzył się z kimś lądując na ziemi. Podniósł się i otrzepał spodnie, a gdy zobaczył, że to Harry był sprawcą kolizji odetchnął z ulgą. Kiedy jednak zobaczył jego minę, entuzjazm opadł.
- Nie ma tu jej, prawda?
Harry pokręcił głową i już miał coś mówić, gdy Ron wrzasnął jak obdzierany ze skóry. Potter obrócił się natychmiast z różdżką wycelowaną na potencjalnego napastnika, nie zobaczył jednak niczego. Już miał zdzielić przyjaciela kopniakiem, a wtedy... Poczuł dziwne łaskotanie na ciele. Na Harry'm, pod Harry'm i obok Harry'ego. Właściwie wszędzie gdzie tylko sięgali wzrokiem... Pełzały pająki.

***

W jednej chwili całe życie stanęło mi przed oczami. Zarzuciłam torbę na ramię i całym sercem błagając, aby nie zrobić jej krzywdy... Uniosłam Arielle. Jej drobne ciało było niezwykle lekkie, nie wiem czy przez to, że była maleńka, czy przez to, że wszystkie Anioły są takie delikatne. Bo w tamtym momencie byłam pewna, niezwykle utwierdzona w przekonaniu, że trzymam w rękach niebiańskie stworzenie. Być może to za sprawą dymu, który wypełniał moje płuca. Ze wszystkich stron były płomienie, a języki ognia buchały wprost na mnie znienacka. Wciąż jednak biegłam co jakiś czas krzycząc z przerażenia, gdy ognista gałąź spadała pod moje stopy. Czułam coś mokrego na rękach, ale nie miałam czasu myśleć nad tym co to takiego. Chciałam tylko uciec, zanieść Arielle daleko od tego koszmaru, a sama najchętniej wskoczyłabym w ogień. Powoli jednak dym zatruwał moje płuca, a ja stawałam się coraz słabsza.
- Wytrzymaj... - mówiłam do Arielle,  a może sama do siebie.
Nagle coś błysnęło mi przed oczami. To była tafla wody. Płynącej wody. Nie zważając na parzące języki ognia wbiegłam trzymając Anioła jak najdalej od płomienia. Puściłam ją dopiero wtedy gdy wskoczyłyśmy do wody, a ja poczułam niewiarygodnie przeszywający ból, gdy płonęły mi plecy. Rzeka porwała nas do przodu, a ja z ogromnym bólem podpłynęłam do Arielle. Dopiero wtedy zauważyłam, że woda wokół nas ma szkarłatny kolor. Zebrało mi się na wymioty, ale natychmiast zareagowałam. Mimo, że prąd rwał nas wciąż do przodu, dopłynęłam do przeciwnego brzegu, gdzie las nie ginął w ogniu. Z pełnym wysiłkiem wciągałam Arielle i czułam jak żywioł pragnie nas pokonać. Zabrać nas już na zawsze. Ale ja nie mogłam się poddać, ona musiała przeżyć. A nie mogła przeżyć. Beze mnie. Zebrałam w sobie wszystkie siły i wyczołgałam nas na brzeg. Arielle przestała krwawić, a ja wyjęłam z torebki jedną ze swoich bawełnianych koszulek i owinęłam nią dokładnie ciało Arielle. Patrzyłam na drugą stronę rzeki gdzie cały piękny las niknął w płomieniach jeszcze przez godzinę. Później zasnęłam.

Obudziło mnie słońce. Wtedy dopiero zebrałam myśli, rzuciłam zaklęcia ochronne i postanowiłam znaleźć coś do jedzenia, bo zdałam sobie sprawę, że nie jadłam nic od wczorajszego popołudnia. Druga strona lasu, oddzielona rzeką była pełna zwęglonych szczątków drzew i czuć jeszcze było zapach świeżej spalenizny. Zdjęłam prowizoryczny opatrunek Arielle i przemyłam go w rzece. Wycisnęłam całą zawartość wody w materiale i ponownie obwiązałam koszulkę wokół rany. Wyglądała znacznie lepiej niż wczoraj. Jednak widok tak zmasakrowanej przyjaciółki przyprawiał mnie o zawroty głowy. Zwłaszcza przy tak jaskrawym, odsłaniającym każdy szczegół słońcu. Oddaliłam się na tyle, by widzieć co się z nią dzieje, uzbierałam około pół litra dzikich malin. I to wszystko. Tak wyglądało moje śniadanie. Zjadłam połowę swoich zbiorów, a połowę zostawiłam Arielle na wypadek, gdyby się obudziła. Dopiero wtedy miałam czas usiąść i przemyśleć ostatnie wydarzenia. Odbiegałam myślami do Harry'ego i Rona, którzy nic nie wiedzą o McGonagall i jej zdradzie. Próbowałam wymyślić sposób przekazania im wiadomości bez narażenia ich i Arielle. Bezskutecznie.
- Hermiona... Pi... - usłyszałam cichy głos i pokaszliwanie.
Omal nie pisnęłam z radości gdy zobaczyłam, że najbardziej błękitne oczy na świecie znów na mnie patrzą. Podbiegłam do niej i usiadłam, łapiąc ją za ręce.
- Pić mi się chce... - powiedziała słabo.
Natychmiast zerwałam się do torebki i wyjęłam z niej ogromną butelkę soku dyniowego, którą zabrałam od skrzatów jeszcze wczorajszego ranka. Pomogłam jej się napić i podnieść delikatnie, by oparła się plecami o pień. Przez dłuższy czas oddychała tylko głęboko i słuchała mojej opowieści o wczorajszej nocy. W końcu spojrzała na mnie ciepło.
- Dziękuje.
- Od tego są przyjaciele.
Uśmiechnęła się, ale zaraz po tym ból przeszył jej ciało, bo gwałtownie dotknęła brzucha, a mina przybrała obraz cierpienia. Nie miałam pojęcia jak jej pomóc, ale ona wciąż miała ochotę na rozmowę, bo drugą ręką gestem wskazała mi, żebym mówiła.
- Martwię się o Ciebie. Mam gdzieś książki o ranach i... Że też nie przyszło mi to wcześniej do głowy. - powiedziałam i nagle zdałam sobie sprawę z czegoś gorszego. - Arielle! Czemu jesteś ranna? Czemu uciekłaś? Co się stało?
Pytania same wychodziły z moich ust.
- Odkryłam coś... - jej głos był słaby.
Wyglądała tak jakby zaraz miała ponownie omdleć i w ledwo żywy sposób powiedziała:
- W fiolkach... Są fałszywe wspomnienia...
 Ponownie zamknęła oczy. A jej świadomość odpłynęła daleko od lasu w Brighton. I wtedy ją zobaczyłam. Na pagórku po naszej lewej stronie. Lisica.




___________________________


Tym razem bardzo dużo ze strony Hermiony, bo kolejny rozdział ukaże w większej mierze co dzieje się z zewnątrz. Jak obiecałam, jest rozdział. Być może kolejny ukaże się w sobotę, ale nic nie obiecuję. Jak na razie zostawiam Was z przetrawieniem tych informacji, które tutaj przeczytaliście i mam nadzieję, że Was nie zawiodłam.
Wielkie podziękowania, za wszystkie Wasze miłe komentarze. Jesteście naprawdę kochani :)



poniedziałek, 27 stycznia 2014

INFORMACJA.


Mam do Was parę słów. Wiem, że wiele osób jest poirytowane jak rzadko dodaję posty. Rozumiem to. Jednakże wbrew pozorom, nie jestem humanistką. Rozszerzenie z matematyki robi swoje, a prawdę mówiąc je kocham. Mam też życie osobiste oraz cudownego chłopaka, któremu muszę poświęcać czas. Przykro mi, ale nie jestem w stanie dodawać postów co chwilę. Ale rozumiem Wasze negatywne nastawienie do sprawy, co więcej postaram się to zmienić. Nie mogę nic obiecać. Ale zapowiadam wszem i wobec rzecz pewną, że w okolicach czwartku/piątku pojawi się kolejny rozdział.

Cieszę się też, że mimo tylu przerw wciąż otrzymuje tyle pozytywnych komentarzy od tych samych osób, to dla mnie bardzo miłe i motywujące. Dziękuje Wam wszystkim.





czwartek, 16 stycznia 2014

Uciekaj.


Przez chwilę czułam na sobie spojrzenia wszystkich, ale po chwili Renarda Fox zaczęła ponownie energicznie mówić i większość sali skupiła się na jej słowach. Odwiązałam list od nóżki sowy. Kątem oka zauważyłam, że Hagrid i "cycata Railler" wychodzą. Szybko otworzyłam kopertę i zaczęłam czytać:

"Piszę szybko,
nie wiem jak długo pozostało nam do ostatecznego rozwiązania... 
Pod lwem nie jest bezpiecznie. Zwierzęta już nie chronią.
Mam odpowiedź.
Uciekaj.
Smok." 


W pierwszej chwili nie zrozumiałam kompletnie nic. Poza podpisem i ostatnim słowem. Biorąc głęboki oddech, zaczęłam czytać jeszcze raz. Piszę szybko... Do czegoś mu się śpieszy. Ktoś go goni? Ktoś nad nim stoi? Lucjusz? Nie wiem jak długo pozostało nam do ostatecznego rozwiązania... Zapewne dlatego pisał szybko. Rozwiązanie. Przełknęłam ślinę. Ktoś mnie znalazł. Ktoś czekał. Pod lwem nie jest bezpiecznie. Zwierzęta już nie chronią... Kiedy przeczytałam to drugi raz, już wiedziałam. Lew, symbol Gryffindoru. Gryffindor nie jest bezpieczny. Hogwart już nas nie broni. Mam odpowiedź... Księga.Serce zaczęło walić mi jak oszalałe, a słowa, które wypowiadała Fox zdawały się w ogóle nie mieć sensu. Powoli zaczynało mi się kręcić w głowie. Wszystkie kolory stały się okropnie jaskrawe, a postacie rozmywały mi się przed oczami. Zamknęłam na chwilę oczy, a kiedy je otworzyłam wróciło do mnie trzeźwe myślenie i wsłuchałam się w słowa rudej nauczycielki.
- Teraz, wszyscy opuścicie sale i udacie się PROSTO do swoich dormitoriów.
Uczniowie zaczęli powoli wstawać, a ja odciągnęłam zdenerwowanego Rona i nieobecnego Harry'ego. Stanęliśmy za grupą Krukońskich pierwszoroczniaków. Pokazałam Ronowi list, ale jego mina wskazała na to, że i tak musiałam wyjaśnić im swoje podejrzenia. Harry, dopiero gdy zakończyłam przemówienie wyrwał się z transu. Wskazał na salę, w której liczba osób była coraz mniejsza, a my coraz bardziej rzucaliśmy się w oczy. Nie myśląc zbyt wiele pobiegliśmy do mojego dormitorium. W połowie drogi stanęłam i pisnęłam.
- To niemożliwe!
Poirytowana mina Rona, natychmiast kazała mi wyjaśnić. Wzięłam głęboki oddech i pędząc dalej przed siebie po ruchomych schodach, tłumaczyłam.
-  McGonagall. Dzisiaj. Deportowała nas na terenie Hogwartu...
- Ale przecież na terenie Hogwartu nie... - uciął nagle Ron widząc moją minę.
Na piętrze rozglądaliśmy się na wszystkie strony, czy ktoś nas nie śledzi. Chociaż w głębi duszy czułam, że Harry rozgląda się za Arielle. Wciąż miał nadzieję, że jest wśród nas. Wbiegliśmy bez problemu przez portret, bo Gruba Dama zniknęła. To sprawiło, że Ron stracił pewność siebie, bo szedł o wiele wolniej. Nie zastanawiając się weszliśmy do dormitorium dziewczyn, tym razem wcale nie zaskoczeni, że alarm się nie włączył. Gdy tylko weszliśmy do mojego pokoju, zamknęliśmy za sobą drzwi na klucz.
- Naprawdę chcesz uciekać?
Ron patrzył na mnie z niedowierzaniem, kiedy pakowałam kolejne rzeczy do mojej torebki. Tym razem ja spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
- Czy przypadkiem Ronaldzie, to nie Ty byłeś ostatnio skłonny ze mną uciec?
- Tak, ale wtedy...
- Ale wtedy Dracon miał inne zdanie?
Rzuciłam torebkę na łóżko, a dźwięk znajdujących się w niej rzeczy odbił się echem po pokoju. Przez chwilę panowała niezręczna cisza.
- Dokąd? - spytał nagle Ron. - Dokąd uciekamy?
Uśmiechnęłam się pod nosem i wróciłam do pakowania torby. Schowałam jeszcze ciepły sweter, mój i Arielle. Nagle niespodziewanie wybuchłam płaczem.
- Tam gdzie ją znajdziemy.
Harry podszedł do mnie i objął mnie ramieniem. Ron patrzył przez okno.
- Wiem, gdzie ją znajdziemy. Ale tylko ja i Ron. - powiedział nagle.

***

Draco szedł ciemną uliczką Hogsmeade, z różdżką schowaną pod rękawem płaszcza. Każdy krok, który stawiał był zdecydowany i dobrze słyszalny. W mieście zdawało się nie być żywego ducha. Co jakiś czas przebiegał kot, a latarnia przygasała dając we znaki, że w tym miejscu nie powinien się nikt znajdować. A jednak. Draco był pewien. Wiedział, że ten kogo szuka tu będzie. Czuł w powietrzu narastające napięcie. Gdy doszedł wreszcie do stacji zatrzymał się. Paliły się obie latarnie. Cisza biła go po uszach. Mimo to, nie dał się tak łatwo zwieść.
- Wiem, że tu jesteś. - powiedział głośno.
Nic się nie wydarzyło. Zrobił krok do przodu i wtedy zza latarni wychyliła się postać kobiety.
- Witaj Draconie Malfoy'u. Zdaje się, że jestem strasznie przewidywalna. - roześmiała się szyderczo.
Tanecznym i zgrabnym krokiem zbliżyła się do niego. Dopiero gdy stanęli twarzą w twarz, Draco dostrzegł jej krwiście czerwone oczy. Tak nie podobne do tych, które miała wcześniej.
- Może dlatego, że już nie jesteś człowiekiem. Jesteś zwierzęciem. A zwierzęta mają instynkt. Znam ten instynkt.
Gdy tylko to usłyszała zaczęła się donośnie śmiać i uniosła ręce do góry. Szepnęła coś pod nosem i z przygryzioną wargą spojrzała mu prosto w oczy. Mimo ich okropnego koloru, były strasznie hipnotyzujące. Malfoy poczuł dotyk różdżki pod płaszczem, ale nie zdecydował się jej użyć.
- Jesteś pewien, że zwierzęta potrafią to? - uniosła ponownie ręce do góry.
Wszystkie latarnie zgasły, a Draco czuł jedynie, że długie włosy muskają mu policzek. Wirowała wokół niego w radosnych obrotach, śmiejąc się głośno i przenikliwie. Kiedy się zatrzymała, światło znów zapłonęło, a ona wciąż wbija w niego puste ślepia.
- Jestem. Wiem po co tu przyszłaś. Ale jest za późno.
Nagle na jej twarzy wymalowała się prawdziwa złość, a z ust wydobył się przeraźliwy dźwięk.
- Jak to za późno?! - warknęła.
Gdy tylko spróbowała zrobić krok, Draco wyjął różdżkę. Skwitowała to po raz kolejny śmiechem. Po nim nastąpiła cisza. Aż w końcu Draco, zaczął mówić.
- Szukasz pierścienia. Tego samego, który miałaś na palcu kiedy trafiło Cię zaklęcie. Od nich. Teraz od was. Widzisz, zabawne - spojrzał na swoje paznokcie jak gdyby nigdy nic,a potem przeniósł wzrok prosto na nią. - Nie znajdziesz go tu. Właściwie, nie znajdziesz go nigdzie. Ponieważ go zabrałem.
Przygryzła wargę ta mocno, że pociekła z niej krew. A zaciśnięte w pięści dłonie, pokazywały dokładnie układ jej kości.
- Kim są ludzie, dla których pracujesz? - spytał wprost Draco, nie opuszczając różdżki.
Uśmiech na jej twarzy pojawił się równie błyskawicznie jak zniknął.
- Czyli jednak nie jesteś taki wszechwiedzący Draconku? Lepiej pilnuj swoich dziewczątek. Bo Tenebris* mają ją w zasięgu ręki. Staruszkowie nie zawsze są kochani wiesz?
Oblizała krew z ust i uśmiechając się szyderczo uniosła ponownie ręce do góry. A wszystkie latarnie zgasły. Gdy światło się zapaliło, nie było już śladu po Ginny Weasley.

***

- Harry... - zaczęłam, ale Ron mi przerwał.
- Znajdziemy ją Harry. Ale musimy ją ukryć w bezpiecznym miejscu.
Od razu wiedziałam, że ta druga "ją" to ja. Nie chciałam jednak być tak łatwo uznana za ciemiężoną. Więc w ramach protestu wstałam na równe nogi. 
- O nie, nie. - widząc minę moich towarzyszy dodałam od razu. - Nie.
Harry jedynie przewrócił oczami i zaczął mówić do Rona, kompletnie mnie ignorując.
- Są dwa miejsca, w które mogła udać się Arielle. Departament Tajemnic. Oraz Brighton.
- To głupota, ona nawet nie wie gdzie jest Departament Tajemnic. - powiedział Ron.
- Wie.
Spojrzeli na mnie jakbym właśnie powiedziała im, że Zgredek zmartwychwstał i gra w Tańcu z Gwiazdami. Nerwowo poprawiłam włosy i wróciłam do momentu w gabinecie McGonagall.
- Kiedy opowiedzieliśmy jej o wydarzeniu w Departamencie, spytała gdzie właściwie jest budynek Ministerstwa.
Siedzieliśmy przez chwilę patrząc się na siebie nieprzytomnymi spojrzeniami. Każdy z nas potrzebował snu. Ale nikt nie mógł sobie na to pozwolić. Chwilę potem Harry otworzył okno, wystawił różdżkę i szepnął jakieś zaklęcie. Przez okno wleciał plecak i dwie miotły. Ron natychmiast rzucił się na swoją miotłę wiedząc doskonale, o co chodzi Harry'emu. Zarzuciłam bez słowa swoją torbę na ramię i usiadłam za Ronem. Wylecieliśmy przez okno wprost do Zakazanego Lasu. Prawdę mówiąc znaleźliśmy się tam zaskakująco szybko. Chłód przeszył moje ciało i objęłam Rona mocniej. Lecąc po Zakazanym Lesie, o wiele zwolniliśmy. Drzewa miały ten sam szary kolor co zawsze, a mgła zdawała się być nawet gęstsza. Co jakiś czas przebiegały różnej wielkości zwierzęta. Mrok i odgłos szeleszczących liści idealnie oddawały wszystkie uczucia, które miałam w sercu. Zatrzymaliśmy się przy jednym z drzew, a ja użyłam zaklęcia by włożyć ich miotły, do plecaka Harry'ego.
- Plan jest taki, ja i Harry udajemy się do Departamentu Tajemnic. Znajdujemy Arielle, bierzemy przepowiednie i wracamy do Ciebie. Do Billa i Fleur. Bo tam masz się udać, rozumiesz? 
Ron przytulił mnie gdy tylko to powiedział. Spojrzał mi w oczy, a potem odsunął się i przepuścił Harry'ego.
Ten długo nic nie mówił. Patrzył na mnie, a ja przypomniałam sobie, że kiedyś w tym lesie uratowaliśmy Syriusza. Że w tym lesie zostawiliśmy Umbridge. Że w tym lesie omal nie stracił życia. 
- Harry... - przytuliłam go do siebie, a łzy naleciały mi do oczu. - Znajdźcie ją.
Pokiwał głową, a potem podszedł do Rona. W chwili, w której się aportowali Ron krzyknął.
- Hermio...
Zakryłam dłońmi twarz i upadłam na kolana. Poczłapałam do drzewa i oparłam się o nie. Łzy napłynęły mi do oczu, ale wtedy zobaczyłam postać wyłaniającą się z mgły. Zbliżała się powoli. Wstałam na równe nogi i omal nie upadłam kiedy sowa zatrzymała się na moim ramieniu z listem. Nerwowo odpakowałam go, wciąż patrząc na zbliżającą się do mnie osobę. Kiedy ujrzałam znajomą twarz odetchnęłam z ulgą i przeczytałam list.

"Koty są fałszywe. 
Znajdź drogę do lisa. Pamiętaj o moim ostatnim.
Smok"

- Panno Granger. - usłyszałam głos McGonagall stojącej tuż przede mną. - Któż wysyła do Pani list w sercu Zakazanego lasu?
Drgnęłam. Znajdowałam się zupełnie sama w niebezpiecznym miejscu, a ona przejmowała się tylko listem. W dodatku jej głos brzmiał strasznie nerwowo.
- To tylko...
- Pokaż mi go. - wyciągnęła rękę.
Miałam to już zrobić, gdy nagle uświadomiłam sobie... Koty są fałszywe. Kot. Animag. McGonagall! Chyba wyczuła moją niepewność, bo wyciągnęła rękę dużo bardziej zdecydowanie. Przez chwilę wypowiedziałam w myślach życzenie, żeby na list działało to samo zaklęcie co na Mapę Huncwotów. 
- Daj mi go, Granger! - głos McGonagall brzmiał groźnie.
Rzuciłam list w jej stronę, a ona otworzyła go natychmiast i zaczęła go czytać. Na głos:
- Koty mają pchły. Znajdź szczotkę. Pamiętaj o szamponie. Luna. - spojrzała na mnie pytająco.
Starałam się ze wszystkich sił ukryć zdziwienie na mojej twarzy i brzmieć wiarygodnie.
- Krzywołap. - odparłam od razu. 
McGonagall wlepiła znowu swój wzrok w litery, a ja skorzystałam z jej nieuwagi i rzuciłam zaklęcie na drzewo znajdujące się za nią. Wielka gałąź runęła na ziemię i rozproszyła tym samym stado kruków. Kiedy dyrektorka obróciła się w stronę całego wydarzenia, wyrwałam jej list z ręki i okropnie przerażona aportowałam się niemal natychmiast.

***

Przez chwilę myślałam, że się nie udało. Że dalej jestem w Zakazanym Lesie. Po chwili jednak zorientowałam się, że drzewa tutaj są inne, a liście mają kolor złota. Udało się. Trafiłam. Do Brighton. Do drugiego miejsca gdzie mogła być Arielle. Musiałam ją znaleźć, za wszelką cenę. Nie powinniśmy jej w to wszystko mieszać. Powinna zostać w Londynie. Być bezpieczna razem ze swoją mamą. Mgła powoli opadała, a niebo zdawało się przybierać jaśniejszego koloru. Nadchodził poranek.W oddali usłyszałam wycie wilka i nabrałam ochoty na skulenie się i płacz.
"Weź się w garść Hermiona!" - skarciłam się w myślach. 
Rozejrzałam się wokół siebie. Od strony wschodu zobaczyłam niewielką wydeptaną ścieżkę. Niepewnym krokiem ruszyłam przed siebie i zaczęłam analizować ostatnie wydarzenia. McGonagall, była szpiegiem. Nie mogłam w to uwierzyć. To wprawiało mnie w zabawne, ale przerażające uczucie. Wiedziała o nas wszystko. Smok. Nie wiadomo gdzie był, ale był wciąż kilka kroków przed nimi. A Harry? Harry zdawał się to wszystko wiedzieć. Ufał mu. Od samego początku tego koszmaru. Nagle usłyszałam coś w rodzaju  szlochu, dochodzącego zza grubego przewróconego pnia. Wyjęłam różdżkę i powoli podeszłam do źródła dźwięku, to co zobaczyłam wprawiło mnie w mdłości. 
- O mój Boże... - podbiegłam bliżej.
Na ziemi leżała młoda dziewczyna, z otwartą raną brzucha. Całe jej dłonie były posiniaczone, a twarz podrapana. Usta były sine, a z górnej wargi płynęła krew. Jej długie włosy były całe w liściach i brudzie. 
- Hermiona... - szepnęła nagle.
Wtedy zobaczyłam kolor jej oczu. Obok wielkiej szramy pod jednym z nich, rzucało się coś jeszcze. Najpiękniejszy błękit jaki można sobie wyobrazić.
- Arielle! - krzyknęłam przerażona.



___________________________

Dlugo, długo nic nie było. Przepraszam Was za to niezmiernie, ale moja chęć do pisania zniknęła na pewien czas wraz z ocenami na semestr. Ale oto powracam w (mam nadzieję) wielkim stylu! Jeśli widzicie literówki lub błędy, piszcie śmiało. Zawsze strasznie się emocjonuję pisząc i często gubię te wszystkie szczegóły.
A co do notki, coraz mniej tajemnic przed Wami. Szukajcie drogi do lisa.







niedziela, 15 grudnia 2013

Co jeśli powiem, że się boję?


"Jestem przy Tobie,
bo jestem wiatrem i będę.
Jestem przy Tobie
Ty nawet o tym nie wiesz.
Przeplatam się przez Twoje dłonie
i znów obejmuję Ciebie."
Fabisz i Tłoku - Szept

***

 Gabinet dyrektorki był ciemniejszy niż wtedy kiedy zanurzyliśmy się w myślodsiewni. Tym razem byliśmy tam krócej, ale czas poza wspomnieniami zdawał się pędzić o wiele szybciej. Profesor McGonagall nie podeszła jak ostatnio do Dumbledore'a, zamiast tego wskazała na krzesła i kazała nam na nich usiąść. Razem z Arielle patrzyłyśmy na siebie i odruchowo złapałyśmy się nawzajem za ręce. Czułam nerwową atmosferę w pomieszczeniu.
- Czyli wycieczka do Departamentu Tajemnic? - powiedział nagle Ron przerywając ciszę.
- Panie Weasley, zdaje mi się, że zapomniał już Pan jakie były konsekwencję ostatniej nieprzemyślanej wizyty w tamtym miejscu. - zgasiła jego entuzjazm McGonagall.
Trochę zajęło wyjaśnienie Arielle czym się to skończyło i czym właściwie jest Departament Tajemnic. Nie odezwała się ani słowem, ale nie wyglądała na przerażoną. Jakiś czas temu nabrała pewności siebie.
- Skrupulatnie zaplanujemy to przedsięwzięcie. Musimy być ostrożni z uwagi na ostatnie wydarzenia w Hogsmeade.
Jakby na dźwięk tych słów do gabinetu wbiegła Renarda Fox. Zadziwiająco nie dyszała, ale minę miała przerażoną.
- Ginevra Weasley, uciekła z Azkabanu.

***

Elizabeth czuła, że jej plan się powiedzie. Ona i jej przyrodni brat byli już blisko celu. Neville Longbottom był wielką bronią, równie mocną jak Ginny Weasley. Potrzebowali tylko przebić się przez barierę Hogwartu nie zwracając na siebie uwagi. Longbottom złapał haczyk niemal idealnie. Wszystko układało się po jej myśli. Siedziała w sypialni patrząc jak śpi, a krew w jego żyłach pulsuje.
"Już niedługo" - pomyślała i uśmiechnęła się pod nosem.
- Eizabeth? - Neviile podniósł się powoli i złapał za głowę. - Ktoś pukał?
Ona uśmiechnęła się tylko i pocałowała go. Poczuł jej uśmiech na wargach i ten dziwny sposób uzależnienia znów wziął nad nim górę.
- Słyszałeś?
Pokiwał głową, a ona zarzuciła na siebie jego koszulkę i wybiegła. Miała nadzieję, że to nikt kto mógłby jej zaszkodzić teraz w realizacji planu. Neville nie był jeszcze w pełni pod jej władaniem. Otworzyła drzwi i omal nie zatrzasnęła ich z powrotem.
 - LYAR?! Co Ty tu robisz do jasnej cholery? - widok przyrodniego brata, który miał być w Hogwarcie przyprawił ją o niepokój.

***

Zaraz za Fox, do gabinetu wszedł Jester Jolly, cały roztrzęsiony. McGonagall wstała. Nigdy nie widziałam jej tak poważnej. Portrety Dumbledore'a i Snape'a patrzyły się z uwagą na całą sytuację. Dyrektorka spojrzała na naszą czwórkę, a potem na rudowłosą nauczycielkę.
- Ja i Jolly, udamy się teraz do Azkabanu. Fox, zastąpisz mnie na moim stanowisku. Skontaktuj się z Kingsleyem Shacklebolt'em oraz Arturem Weasley'em. Niech zjawią się najszybciej jak się da. Poproś Rubeusa Hagrida, aby Ci pomógł i zbierzcie wszystkich uczniów w Wielkiej Sali. Przeliczcie ich dokładnie. - jej wzrok znowu skierował się na nas - Wasza czwórka ma kompletny zakaz robienia głupstw i wychodzenia poza teren szkoły.
Wasza czwórka. Zawsze byliśmy "waszą trójką", teraz razem z Arielle tworzyliśmy coś nierozłącznego. Prawdę mówiąc, przerażało mnie to. Kolejna osoba, która mogla zginąć... przeze mnie. Przełknęłam głośno ślinę. Wszyscy wstaliśmy kiedy nagle...
- Patrzcie! - krzyknęła Arielle.
Wszystkie pierścienie świeciły się na kolor domu. Dostrzegłam wyryty napis. Brighton.

***

Neville był zaskoczony swoimi zmysłami. Widział wszystko wyraźniej. Kolory wydawały się być cieplejsze i milsze dla oczu. Zawsze budził się wyspany, a śniadanie smakowało rewelacyjnie. Każdy kęs zdawał  się mieć inny smak. Miał też doskonały słuch. Tym razem jednak wydał mu się być czymś dziwnym. Gdy tylko Elizabeth uciekła i usłyszał jej kroki na dole. Po chwili ciszy usłyszał jak krzyczy. Lyar. Był pewien, że to usłyszał. Poczuł się nagle jak wyrwany z transu. Lyar. Lyar Greengrass. Tak nazywał się ten chłopak, z którym Arielle była na balu. Czy to możliwe, że on się tu znalazł? Po raz pierwszy od dwóch miesięcy Neville uświadomił sobie co się stało. Zerwał się na równe nogi bezszelestnie.
- Na Dumbledore'a co tu się dzieje? - przeklął pod nosem.
Powoli zbliżył się do drzwi i zaczął podsłuchiwać rozmowę. Nie wierzył własnym uszom. Odruchowo złapał za pierścień.

***

- Jesteśmy już dorośli! - krzyczał Ron kiedy dyrektorka próbowała go powstrzymać od aportacji do Brighton.
Niestety w tej chwili deportowała całą naszą czwórkę do dormitorium Gryffindoru. Dokładnie do mojego pokoju. Dokładnie na moje łóżko. Nie włączył się alarm kiedy Arielle znalazła się w środku. Zdaje się, że planowała to już jakiś czas.
- Brighton! - krzyknęła nagle Arielle i uniosła ręce do góry.
Chyba oczekiwała od nas jakiejś reakcji. Aplauzu albo czegoś w tym rodzaju. Zastukała zniecierpliwiona w świecący kamień na pierścionku.
- Ta nazwa była na trzeciej fiolce!
Spojrzeliśmy po sobie. Faktycznie, miała rację. Mi jednak przyszła do głowy straszna myśl.
- Ktoś jest w niebezpieczeństwie... To znaczy, że... - nie byłam w stanie powiedzieć dalszej części zdania.
Arielle wstała z łóżka. Muszę przyznać, że zrobiła to z wielką gracją i mimo tego, że była strasznie drobna wywarło to wrażenie. Od razu ruszyła do drzwi, ale gdy szarpnęła za klamkę na korytarzu stała już Renarda Fox.
- Wszyscy uczniowie mają się znaleźć w wielkiej sali. - spojrzała na nas wyjątkowo surowo jak na nią, a po chwili dodała - Bez wyjątków.
Po wypowiedzeniu tych słów obróciła się na pięcie i musnęła burzą rudych loków twarz Arielle.

***

Luna i George stali na Wieży Astronomicznej i oglądali Gwiazdozbiór Feniksa. Luna była nim szczególnie zachwycona, a jej długie jasne włosy powiewały delikatnie na wietrze.
- Dzięki gwiazdom na niebie, możemy zgadywać gdzie jest Hogwart. - powiedziała nagle.
Gwiazdozbiór Feniksa był jednym z jej ulubionych. Swoim prostym ułożeniem nie przypominał wcale pięknego ptaka. Nazwa nadawała mu wyjątkowości. Cieszyło ją to, że kiedyś czarodzieje mogli dołożyć swoje trzy grosze do świata mugoli. George objął ją w okół talii i stali tak patrząc się w górę.
- George! Blask! - powiedziała nagle Luna.
- Spadająca gwiazda? - puścił ją i pełen entuzjazmu podbiegł do okna i wypatrywał meteorytu.
Miał w sobie coś z dużego dziecka.
- Nie! Spójrz na Twój pierścień!

***

Wielka Sala była pełna uczniów kiedy usiedliśmy przy swoich stołach. Wszyscy szemrali między sobą. Po chwili do sali weszli też George i Luna. Bardzo niechętnie rozstali się ze sobą, a Pan G dołączył do nas. Gdy tylko Renarda Fox wstała zapanowała cisza. Przy stole nauczycieli znajdowało się ich zaledwie kilku. Railler Gaunt siedziała i uważnie obserwowała uczniów Slytherinu. Do jej okazałego dekoltu wpadał naszyjnik, który przypominał węża, a czarne włosy zdawały się go naśladować. Prawdę mówiąc wyglądała jakby była lekkich obyczajów. Nasze spojrzenia zetknęły się na moment. Ku swojemu zaskoczeniu nie odwróciłam wzroku. Postanowiłam ją obserwować. W jej spojrzeniu było coś co kazało mi zachować czujność. Tymczasem Renarda Fox odchrząknęła.
- Zaraz sprawdzę te oto listę. - uniosła kawałek pergaminu do góry - Osoby nieobecne wyryją się w powietrzu. Wydaje mi się jednak, że wszyscy tu jesteście.
Rozejrzała się jakby jej wzrok miał zlokalizować jakąkolwiek zgubę. Odruchowo zerknęłam na pierwszoroczniaków. Co roku obiecuje się tym małym w Hogwarcie, że będą bezpieczni. Tym czasem niebezpieczeństwo prześlizguję się przez każdą szparę w zamku.
- Powodem, dla którego zostaliście wyciągnięci z pokoi o tej porze... Jest ucieczka Ginny Weasley z Azkabanu.
Przez salę znowu przeszły szmery, ale Fox machnęła jedynie różdżką. Na moment wszystkie świece zgasły i zapaliły się na nowo, a towarzyszył temu dźwięk grzmotu. Znów zapadła cisza, a Renarda się wyprostowała. Trzeba było przyznać, że imponująco ściągnęła na siebie uwagę i zyskała respekt. Zwłaszcza najmłodszych. Przez chwilę burza rudych włosów studiowała listę, aż wreszcie dotknęła jej różdżką. Przez chwilę nie działo się nic.
"Wszyscy tutaj są na miejscu... Nic złego się nie dzieje..." - odetchnęłam z ulgą w myślach.
Gdy nagle, czerwone litery zaczęły układać się w imię i nazwisko. Z każdą literą krew pulsowała mi szybciej, a głowa automatycznie rozglądała się po całej sali. Potem litery zaczęły układać się w kolejne nazwisko, co spowodowało, że Railler Gaunt wstała i nabrała głęboko powietrza.
- Arielle McDonely i Lyar Greengrass. - wyszeptała Fox tak cicho, że odczytałam to jedynie z ruchu jej warg.
A może po prostu wiedziałam co mówi, bo sama miałam ochotę to wykrzyczeć. To było niemożliwe. Arielle weszła z nami do Wielkiej Sali. Jakim cudem tak po prostu zniknęła? Wtedy zauważyłam też, że pierścienie zgasły.
- Harry... Wszystko w porządku? - odezwał się Ron.
Potter miał nieobecną minę. A mi łzy naleciały do oczu. Weasley przytulił mnie odruchowo. Kiedy odwzajemniłam jego uścisk przypomniał mi się ktoś, kogo widziałam przed kilkoma miesiącami, a kogo brakowało mi tak bardzo, że traciłam oddech gdy tylko słyszałam o jakimkolwiek zagrożeniu. Mogłam wtedy powiedzieć milion rzeczy. Ale powiedziałam jedynie:
- Co jeśli powiem, że się boję?
Jakby na te słowa przez Wielką Salę przeleciała sowa. Zatrzymała się tuż przede mną.

***

Neville nie usłyszał już nic, podejrzewał, że Elizabeth zaczęła szeptać jak to robiła zwykle w towarzystwie jej gości albo po prostu wyrzuciła Lyar'a na bruk. Nie znał go. Pamiętał jedynie, że gdy tańczył z Ginny... Ginny! Miała kogoś zabić, to właśnie powiedziała Elizabeth. Chodził jak szalony po pokoju. Powoli czuł, że brakuje mu pewnych wspomnień. Próbował przypomnieć sobie jak właściwie wygląda Ginny Weasley. Kojarzyła mu się z czerwienią, ale nie potrafił określić dlaczego. Mimo to docierało do niego powoli, że Liz nim manipuluje. Nienawidził też tego skrótu, podobnie jak ona. I dla własnej złośliwości natarczywie używał go w myślach. Liz go oszukała. Liz nim manipuluje. Liz musi zginąć. Myśląc o tym ostatnim spojrzał na swoją rękę. Znak był bardzo wyraźny. Ze złości uderzył w ramę łóżka, które w jednym momencie z głośnym trzaskiem opadło z nóg. Spojrzał na swoje ręce i zaczął się zastanawiać co ona z nim zrobiła...  Drzwi uchyliły się, a przez nie weszła bosa, ubrana jedynie w bawełnianą białą koszulkę Elizabeth. Była na tyle przezroczysta, że widział dokładnie cały zarys jej ciała. I czerwone figi, które kontrastowały z jej ciemnymi ustami. Była strasznie kobieca. Starsza od niego, o około 6 lat. Wciąż jednak zachwycająca. Jej blond włosy do ramion bardzo się podobały. Prawdę mówiąc nikt nie wiedział dlaczego. Miał wrażenie, że przypomina mu anioła bardziej niż Arielle. Razem z tą myślą wszystko co chodziło mu po głowie minutę temu zniknęło.
- Nie mogłeś się już doczekać? - podeszła do niego i pocałowała energicznie.
Przygryzła mu wargę i przejechała ustami prosto do ucha.
- Już jesteś mój. I nic tego nie zmieni. Nie zrobisz niczego co by mi zaszkodziło.
A potem pociągnęła go za sobą do leżącego na podłodze łóżka...



______________________


Muszę was przeprosić za dwie rzeczy. Pierwsza - za to, że jest tak krótko. Druga - że musieliście długo czekać. Więc z pierwszą rzeczą się usprawiedliwię, szykuję coś więcej na kolejny rozdział. Na pewno nie jest bezpiecznie w Hogwarcie. Ale czy jest w ogóle jakieś miejsce, w którym jest bezpiecznie? I gdzie do diabła podziała się Arielle skoro weszła do Wielkiej Sali? Co planuje Elizabeth i co wspólnego ma z tym Lyar? Czy niebezpieczeństwo na Hermionie maleje? Jak McGonagall DEPORTOWAŁA swoich uczniów w HOGWARCIE? Wszystkie odpowiedzi już niedługo. A może macie już jakieś pomysły...






niedziela, 24 listopada 2013

Druga fiolka.


"Wierzę, że im bar­dziej się kocha, tym więcej się czy­ni, gdyż miłości, która nie jest niczym więcej niż uczu­ciem, nie mógłbym na­wet naz­wać miłością."
~Jan Paweł II

***

 Obudziłam się rano nie wierząc, że jest już poniedziałek i zaczynają się lekcje. Przez cały ten czas niczego nie powtórzyłam. Ze zdenerwowania rozbolał mnie brzuch, zupełnie jakby w zaistniałej sytuacji najważniejsze na świecie były oceny. Choć tak właściwie był jeszcze jeden powód mojego stanu. Kiedy otworzyłam oczy w pokoju byłam tylko ja. Po Draco został tylko delikatny zapach jego perfum na poduszce. Zupełnie mechanicznie umyłam się i przebrałam. Zawiązałam krawat domu tak mocno, że omal się nie przydusiłam. Kiedy zerknęłam na plan lekcji, zobaczyłam, że są pod nim dopisane słowa.
"Mam nadzieję, że niedługo się zobaczymy. Czytaj książki!
Smok"
Uśmiechnęłam się jak dziecko, które dostało właśnie prezent od Świętego Mikołaja. Zerknęłam na plan, pierwszą lekcją była Transmutacja z Puchonami.Ucieszyłam się na myśl, że porozmawiam z Arielle. Miałam wrażenie, że przez wieki nie było ku temu okazji. Powoli zamknęłam za sobą drzwi do pokoju.

***

Arielle wróciła na noc do swojego dormitorium, a Harry nie mógł zasnąć. Ron przyszedł koło północy, mruknął coś i spał jak zabity. Nieprzespana noc dawała się Potterowi we znaki kiedy szedł mozolnie na Transmutację. Na korytarzu spotkał Astorię, która zawołała go na bok. Bardzo zdziwiony podszedł do szatynki.
- Harry... Posłuchaj, mój kuzyn... Lyar. - szeptała tak cicho, że ledwie ją słyszał. - On ma bardzo złe zamiary. Ja... Nie mogę Ci powiedzieć jakie, bo złożyłam Wieczystą Przysięgę... Ale uważaj na Hermionę. Uważaj na Arielle. Uważaj na siebie. Proszę...
Przez chwilę stał jak osłupiały i patrzył się na Astorię jakby oszalała.
- A i Harry... Proszę nie mów o tym nikomu... Im więcej osób wie tym bardziej jestem zagrożona.
- Ja, nie rozumiem... Co on ma do tego?
Astoria otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć i naglę złapała się za gardło i zaczęła gorączkowo kaszleć.
- Przepraszam. -  szepnęła i uciekła z płaczem.

***

Usiadłam razem z Arielle kilka minut przed dzwonkiem i podekscytowane opowiadałyśmy sobie co działo się podczas ostatniej nocy. Omal nie spadłam z krzesła kiedy usłyszałam, że Harry ją pocałował. Klasa powoli wypełniła się uczniami. Ciekawość mieszała się u mnie z wielkim stresem, nie byłam w ogóle przygotowana. Smok miał rację, powinnam była czytać. W pierwszej ławce Fred i George śmiali się z czegoś tak bardzo, że ich twarze były czerwone. Uciszyłam ich słysząc otwieranie się drzwi.
- Dzień dobry! - zaświergotała osoba, która weszła do klasy.
Renarda Fox przeczesała rudą czuprynę i spojrzała uważnie na klasę. Miała na sobie kurtkę w kolorze khaki i jasne jeansy. Rude loki niesfornie opadały we wszystkie strony, a na twarzy miała znany mi dobrze od wakacji uśmiech.
- Profesor McGonagall jak wiecie, zostając dyrektorem musiała zrezygnować z uczenia was. Poprosiła mnie, żebym przekazała wam niezbędną wiedzę. Jak się domyślacie niezwykle ważnym jest by potrafić zamienić łyżeczkę w motyla.
Kilka osób się roześmiało. Renarda wzięła do ręki kredę i zapisała na tablicy swoje imię i nazwisko.
- Mam nadzieję, że będzie nam się miło pracowało. A teraz podnoście tyłki z tych ławek, bo doprawdy wasza aktywność w szkole mnie przeraża! - powiedziała jak zwykle lekkim tonem.
Reszta lekcji faktycznie minęła na zamianie łyżeczki w motyla. Ku mojemu zaskoczeniu udało mi się to za pierwszym razem. Chociaż reszta nie wyglądała na ani trochę zaskoczonych, no może z wyjątkiem Arielle, której różdżka zupełnie odmawiała posłuszeństwa.
- To pewnie te 5% - syknęła po kolejnej nieudanej próbie.
Natomiast Ron swoją łyżeczkę zamienił w chodzący widelec, który spowodował atak paniki jakiejś ciemnowłosej Puchonki. Fox wesołym tonem powiedziała, żebym mu pomogła i podbiegła do kolejnej grupki sprawdzić jak sobie radzą. Zrezygnowana stanęłam obok Ronalda i zmusiłam się do uśmiechu.
- Źle trzymasz różdżkę.
- Czemu? Przecież Fox trzyma ją identycznie... -  wykonał kolejny ruch.
Siląc się na spokój złapałam go za rękę i ustawiłam ją pod odpowiednim kątem. Tym razem łyżeczka zamieniła się w... gąsienice.
- No cóż plusy są takie, że kiedyś będzie motylem. - powiedział Ron.
- Tak jak Ty kiedyś będziesz mężczyzną? - uniosłam brwi, miałam wielką ochotę obrócić się na pięcie.
- Coś w tym rodzaju.
Nie była to odpowiedź jakiej się spodziewałam. Pierwszy raz od kilku miesięcy miałam ochotę go posłuchać.
- Więc. O co chodzi? - spytałam nie wiedząc, czy mnie rozumie.
Nie dostałam jednak odpowiedzi, bo gąsienica właśnie wchodziła do ucha Ronalda, a ja wydałam z siebie krzyk przerażenia. Wszyscy spojrzeli na Rona, a przez salę przeszedł śmiech. On zaczął gorączkowo biegać, a kiedy Renarda Fox niemal siłą go uziemiła i zamieniła ją z powrotem w łyżeczkę, zadzwonił dzwonek. Fred i George śmiali się i naśladowali Rona, a ja zmuszona byłam iść na Obronę Przed Czarną Magią, która była kolejną zagadką dzisiejszego dnia.

***

Kiedy Neville się obudził, poczuł, że leży na czymś miękkim. Otworzył oczy. Ku jego zaskoczeniu znajdował się na łóżku małżeńskim w dużym jasnym pokoju, oprócz niego była tam tylko ciemna szafa. Kiedy był małym chłopcem babcia czytała mu o Narnii, ta szafa zdecydowanie przypominała mu tą historię. Podniósł się powoli i czuł się wyspany. Dopiero teraz zobaczył postać kobiety w samej bieliźnie, śpiącej na łóżku. Elizabeth. Ostatnia rzecz, którą pamiętał to to, że powiedziała mu jak ma na imię. Wstał z łóżka. Wiedział, że to jego jedyna szansa. Chwycił za klamkę do drzwi, a kiedy spróbował je otworzyć...
- Myślisz, że możesz mnie tak po prostu zostawić. - usłyszał tuż za swoimi plecami.
Ta kobieta była przerażająca. Miała około 25 lat, ale w jej oczach było coś co wskazywało na to, że jej historia jest o wiele dłuższa. Kiedy on ją spotkał? Kiedy się połączyli? Obrócił się powoli.
- Grzeczny Longbottom. A teraz posłuchaj mnie uważnie, to ja tu rządzę. To dzięki mnie jeszcze żyjesz. Spróbujesz mnie jeszcze raz zostawić, a przysięgam, że tego pożałujesz. Jest tysiące rzeczy gorszych od śmierci, a naprawdę wolałabym Cię nie kastrować.
Ostatnie zdanie wypowiedziała z uśmiechem i wróciła do łóżka.

***

Lekcję Obrony Przed Czarną Magią okazał się prowadzić Jester Jolly. Był to drugi i jak się okazało nie ostatni raz kiedy widziałam tego człowieka z powagą w oczach. Tematem lekcji okazały się być rodzaje Czarnej Magii.
- Zapewne wielu z was w dzieciństwie nasłuchało się, żeby nigdy nie interesować się tym co złe. Żebyście nie zaglądali do działu ksiąg zakazanych i przypadkiem nie próbowali zrozumieć działania Czarnej Magii. Było tak?
Większość osób pokiwała energicznie głowami. Ton głosu staruszka wprowadzał respekt. Nikt nie odważył się nawet odezwać.
- To bzdura. Jeśli chce się złamać wroga, trzeba go poznać. Trzeba tylko wyznaczyć sobie granicę, której nie wolno przekroczyć. A ja nauczę was w tym roku jak po tej granicy chodzić i spadać zawsze na właściwą stronę.
Otworzył swój stary podręcznik i przeczytał zdanie będące definicją Czarnej Magii po czym umilkł. Siedział przez chwilę w ciszy, a w końcu uśmiechnął się rozbawiony.
- Wy zawsze jesteście tacy przerażeni? - odkaszlnął i dodał. - Wiemy zatem jaka jest Czarna Magia, ale myśleliście kiedyś nad tym czy ma jakieś rodzaje. A jeśli ma, to jakie?
Gorączkowo zaczęłam szukać odpowiedzi w głowie. Przecież w wakacje czytałam podręcznik i omal nie pozbawiłam nim stopy Pana Weasley'a... Czytałam wtedy o... Moja ręka wystrzeliła w górę.
- Panno Granger, bardzo proszę.
- Czarna Magia różni się od siebie ze względu na motyw. Motyw śmierci, motyw władzy oraz motyw pożądania. Ten ostatni był niegdyś uznawany za motyw miłości, ale później stanowczo temu zaprzeczono, twierdząc, że zło nie potrafi kochać, a jedynie pragnie.
Jolly zaklaskał energicznie i zaśmiał się pod nosem. Pokręcił głową i wrócił do poważnej miny.
- Pięknie. Gryffindor otrzymuje 10 punktów. Panna Granger ma rację. Przez najbliższe 2 miesiące zajmiemy się najgorszym z motywów, chociaż ludzka natura uznaje go mylnie za łagodny. Motywem niegdyś zwanym motywem miłości.

***

Lyar siedział na Originalizmie patrząc jak nowa nauczycielka wywija biustem i pisze na tablicy RAILLER GAUNT, a Justyn Finch-Fletchley ze wszystkich sił stara się zwrócić uwagę Arielle. A ta zdenerwowana jego zaczepkami szczypie go nerwowo w ucho.
- Panna McDonely o ile się nie mylę? - chłodny głos czarnowłosej nauczycielki odbił się echem po sali.
Arielle pokiwała twierdząco głową.
- Dom Hufflepuffu traci przez panią 20 punktów. - powiedziała, a potem dodała nieco ciszej. - Chociaż dla was to pewnie żadna różnica Domu (Do)Niczego.
Kilku Ślizgonów roześmiało się i puściło kilka uwag o tym, że Puchoni są domem, który nie odznacza się niczym. Oczywiście w o wiele gorszych słowach. McDonely poczuła jak krew pulsuje w jej żyłach, a Ślizgońska część jej powoli wydostaje się na powierzchnie. Wstała i nie zważając na wszystkich innych oraz na konsekwencję.
- Przynajmniej nasze dziewczyny mają do zaoferowania więcej niż cycki! - wskazała na dekolt nauczycielki.
Ta uniosła jedynie wzrok ku górze i z szyderczym uśmiechem przypominającym nieco nową Ginny oznajmiła:
- Jeśli nie ruszają Cię konsekwencje dla domu, to od dzisiaj w każdy piątek, aż do odwołania masz u mnie szlaban. Każde Twoje niestawienie się jest konsekwencją kolejnych ujemnych 20 punktów dla Hufflepuffu.



1 LISTOPADA 

Dwa miesiące minęły bardzo szybko i bardzo spokojnie. Niewiele się zmieniło. Poza tym, że znów rozmawiałam z Ronem. Arielle nie była z Harry'm, nie chciała mi też powiedzieć dlaczego tak jest. Myślę, że oboje nie mieli w sobie zbyt wiele odwagi, żeby ruszyć do przodu. Dopłynęły do nas wieści z Azkabanu, że na Slughorna i Ginny nie działają dementorzy i mimo tego, że nic nie jedzą wciąż mają się świetnie. Draco napisał dwa listy, a ja jak obiecałam czytałam książki. Głównie te naukowe, ale z racji, że wciąż bałam się o Neville'a książka kucharska dalej była w czołówce listy i wreszcie dotarłam do strony 401. Jeśli o niego chodzi byliśmy tylko pewni, że żył. Pierścienie nie zapaliły się ani na chwilę, nie mieliśmy pojecia gdzie jest, ale świadomość, że żyje podnosiła mnie na duchu. Wszystko wskazywało na to, że ten, kto mnie szukał zmienił nieco taktykę. Po dwóch miesiącach mieliśmy otworzyć kolejną fiolkę. Był tylko jeden problem.
- Arielle, ja wiem, że jest piątek, ale nie musisz iść do tej przeklętej wiedźmy! - Ron był bardzo zdenerwowany.
Pierwszy raz miał z nami iść do myślodsiewni, bo ostatni... przegapił. A Gaunt nie miała najmniejszego zamiaru odpuszczać blondynce. Desperacja tej kobiety mnie przerażała. Ilekroć powiedziałam coś dobrze na jej lekcji kiwała tylko twierdząco głową. Po zostaniu opiekunem Slytherinu przyznawała punkty tylko i wyłącznie takim osobom jak Lyar czy Astoria. Harry zaciskał pięści za każdym słowem Lyara na jakiejkolwiek lekcji. Nie byłam pewna czy kryje się za tym coś więcej niż to, że nie przerwał kontaktów z Arielle.
- Profesor McGonagall... - powiedział dysząc Harry, który właśnie przybiegł. - Zwolniła... Cię ze szlabanu...

***

Elizabeth Shrimp. Tylko ona mieściła się w głowie Neville'a. Nie wiedział do końca kim jest, ani jaki jest jej plan. Zdążył się tylko zorientować, że jest czymś w rodzaju przywódcy. Co jakiś czas przychodzili do niej młodzi ludzie i odchodzili jak zaczarowani na jej rozkaz. Nigdy nie pozwalała mu słuchać o czym mówią, a on często wbrew sobie odchodził. Nauczył się bawić z demonicznymi psami, które kiedyś chciały odgryźć mu twarz. Nauczył się żyć na terenie dawnego psychiatryka. Coraz rzadziej myślał o ucieczce. Właściwie jego myśli były bardzo skrajne. Od zabicia Elizabeth po wielką chęć bycia blisko niej. Był jej marionetką, ale wtedy jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy.
- Neville? - Elizabeth znowu wołała do niego w jego głowie.
Pośpiesznie wdrapał się po schodach i wszedł do sypialni. Jej czekoladowe oczy nie miały w sobie ani odrobiny zła.
- Neville, właśnie uwolniłam tą małą Weasley. Niedługo powiem Ci więcej. Cieszysz się, prawda Neville?
Wypowiadała jego imię w tak magnetyzujący sposób, że nie był w stanie się jej sprzeciwić nawet kiedy dodała:
- Wreszcie zabije Pottera.
Chociaż wiedział co chce zrobić... Stała w koronkowej bieliźnie i cienkim sweterku, a kiedy sama przyciągnęła go do siebie, nie mógł się jej oprzeć.

***

Staliśmy w gabinecie dyrektorki, do którego weszliśmy na hasło zgniły kaszalot. McGonagall otworzyła szkatułkę. Dwie fiolki ze starannymi napisami wyglądały na jaśniejsze niż dwa miesiące temu. Ze zdenerwowania zaczęłam obgryzać paznokcie, a Arielle, która strasznie nie lubiła tego nawyku zmierzyła mnie wzrokiem.
- Dzisiaj interesuje nas ta.
Wyjęła fiolkę z napisem "Dolina Godryka". Harry odruchowo ścisnął moje ramię. McDonely wzięła od niej fiolkę i powoli wlała do misy. Pierwszy wskoczył Ron, zaraz po nim Harry i dyrektorka. Ja i Arielle skoczyłyśmy równocześnie na szarym końcu.
- Auć! - krzyknęła Arielle lądując.
Była zima. Zabawne było patrzeć na wszystkich ludzi ubranych w wełniane szale i grube kurtki, a samemu nie odczuwać zimna. Rozejrzałyśmy się i dopiero po chwili zobaczyłyśmy jak Ron, Harry i McGonagall idą za dwójką ludzi. Podbiegłyśmy do nich nawet nie balansując po śliskim lodzie.
- Jace, a co jeśli to wszystko jest prawdą? Jeśli każdy z motywów Czarnej Magii ma swój sposób na nieśmiertelność. - szeptała idąc naprawdę bardzo szybko.
Po Bathildzie nie było widać wielu zmian. Natomiast Jace miał o wiele bardziej wyraziste rysy. Można było zgadywać, że ukończyli Hogwart parę lat temu. Nawet nie widząc obrączek na ich palcach.
- Bath, horkruksy, superpopulos i legenda o mugolce. Tak naprawdę każde z nich pasuje do każdego powodu. Każdy wie, że horkruksy mogą zniszczyć osobę, która rozszczepi swoją duszę. Ale superpopulos nie ma na niego wpływu, a raczej wzmacnia. Czerpie siłę od innych ludzi. Ale przecież nigdzie nie znajdziesz zaklęcia, którym mogłabyś ich stworzyć. A jeśli chodzi o mugolkę...
Czułam jak serce biję mi szybciej.
- Zobaczymy co powie przepowiednia.
Scena rozmyła się. Znaleźliśmy się w mieszkaniu, które pachniało kadzidłami, a po parapecie przechadzał się czarny kot. Na ścianie zawieszony był czerwony dywan w różne wzory, a na wszystkich półkach leżały świeczki. Przy stoliku siedziała stara czarownica, a naprzeciw niej Bathilda z Jace'm. Pokazywała im coś w szklanej kuli, którą już kiedyś widziałam. Właściwie, widziałam ich setki. Setki takich kulek, które zniszczyły się gdy Voldemort zwabił na do Departamentu Tajemnic.
- Zaufaj starej Aurelii Potter, Bathildo. - powiedziała z uśmiechem staruszka, a oczy wszystkich "obserwatorów" skupiły się przez chwilę na Harry'm.
- Pierwszy raz coś takiego widzę... Podwójna przepowiednia?
- Twoja wnuczka jest wyjątkowa, prawie tak bardzo jak osoba, z którą dzieli tą przepowiednie. Podobnie jak mój prawnuk. Tak, jest. Oni tu są. Albo jeszcze będą.
Mogłabym przysiąc, że spojrzała wtedy prosto na mnie. Zobaczyłam napis na przepowiedni. Hermiona Granger i Arielle McDonely.  Wszystko zaczęło się rozpływać.



_______________________________


Przeskok spory, ale celowy. Wielu z was prosiło o ten rozdział więc oto i on. Niedługo dodam zakładkę "bohaterzy", bo mam wrażenie, że nie do końca wiecie kto, gdzie jak i z kim. Chociaż tych postaci wcale nie wprowadzam w nadmiarze. A przynajmniej się staram. Dziękuję za wszystkie miłe komentarze <3 jesteście kochani i bardzo mnie motywujecie do pisania.
Zapewne wielu z was słyszało, że odbędzie się konkurs związany z moim blogiem i będzie można było wygrać albo kubek z godłem Hogwartu i domów, a druga możliwość to poduszka z napisem NOX/keep calm and potter on, Potterową czcionką. Śledźcie więc i czytajcie! :D

czwartek, 21 listopada 2013

Pierwszy ostatni raz.


„Owszem, będzie trudno, lecz czas biegnie szybko... ani się obejrzymy, a znów się spotkamy. Wiem to. Czuję to. Podobnie czuję, jak bardzo ci na mnie zależy i jak bardzo cię kocham.”
~Nicholas Sparks, I wciąż ją kocham

***

Zobaczyłam jak Draco rozmawia z Hagridem i Jolly'm. Przebiegłam przez tłum. Słyszałam za plecami jak Arielle krzyczy coś do mnie, ale nie słuchałam jej. Nie mogłam tego tak zostawić. Czemu Smok koniecznie musiał wejść na tą cholerną scenę? Miałam wielką ochotę po raz kolejny nazwać go karaluchem. Kiedy udało mi się stanąć koło nich zobaczyłam tylko jak Malfoy chowa książkę za garnitur, a nauczyciele wchodzą z powrotem na scenę. On patrzył w niebo i chyba nie zdawał sobie sprawy z mojej obecności.
- O co w tym wszystkim chodzi? Wiesz, że naprawdę z Ciebie wielki palant? Sprawiasz, że mój dzień staje się wyjątkowy, a doskonale wiesz, że za moment wszystko się rozsypie. Nie rozumiem dlaczego T...
- Hermiona. - leniwie przeniósł wzrok z zachmurzonego nieba na mnie. - Zawsze kiedy się denerwujesz, masz słowotok. Zawsze mówisz mądre rzeczy. Zawsze nabierasz powietrza do ust i...
Przerwał i uśmiechnął się do mnie. Ale już nie tak serdecznie jak rano. W tym uśmiechu było coś... smutnego.
- Ja...Naprawdę?
- Zawsze.

***

Ginny i Slughorn paradowali na scenie śmiejąc się szyderczo, a McGonagall była kompletnie bezradna. Harry czuł się jakby miał w żołądku wielki kamień. Arielle zatkała usta dłonią i patrzyła na niego cały czas. Prawdę mówiąc nie przeszkadzało mu to. Zwłaszcza, że obok nich stał ten Ślizgoński kretyn. Bo tak dokładnie widział go Harry.
- Arielle, może stąd pójdziemy? - wyparował nagle stając za nią.
- Lyar, czy Ty zwariowałeś? Słyszałeś co właśnie powiedziała o Harry'm? - dopiero wtedy spojrzała na coś poza nim.
Brunet popatrzył na nią jakby to ona oszalała. Stuknął się w głowę i nie zwracajac uwagi na Pottera wyparował:
- To jego problem, chcesz być w niebezpieczeństwie? Tylko dlatego, że jakaś ruda psychopatka, która od tak zmartwychwstała i prawdopodobnie jest emmm... zombie?! Postanowiła sobie zemścić się na nim.
Machnął Harry'emu ręką przed twarzą. Usilił się na spokój, aż do tej pory. W jednej sekundzie obrócił się i uderzył Lyar'a prosto w nos. Tłum wokół się rozstąpił, a McGonagall warknęła coś o zachowaniu spokoju i wyprowadzeniu więźniów. Ginny machała wychodząc patrząc się jak Lyar'owi leci krew z nosa i oblizując wargi. Slughorn dalej palił fajkę i śmiał się pod nosem.
- Potter, za 15 minut w moim gabinecie! I na miłość boską Greengrass, idź do pani Pomfrey. - krzyknęła dyrektorka i obróciła się na pięcie.
Cała sytuacja trwała dosłownie minutę, a Harry miał wrażenie, że tkwi w koszmarze już od dawna. Arielle patrzyła się na Harry'ego zszokowana. Wręcz przerażona. Ale on mimo wszystko się cieszył. Nie rzuciła się na pomoc Lyar'owi. Boisko powoli pustoszało.

***

Tyłem sceny wyprowadzano Ginny i Slughorna, dopiero wtedy poczułam zimno. Draco pociągnął mnie za rękę i poprowadził za sobą niemal na drugi koniec boiska. Zobaczyłam, że uczniowie zniknęli z niego w jednej chwili. Ogarnęła mnie fala smutku. Czułam się bezradna i znowu miałam za złe sobie, że jestem jaka jestem. Draco wyjął z kieszeni dwa czekoladowe batony i podał mi jeden z nich jakby to było nic takiego, bo od tak w tej chwili powinniśmy jeść słodycze.
- Smoku...
Westchnął z rezygnacją i obrócił mnie o 180 stopni.
- O co... - urwałam.
Zobaczyłam jak z tyłu sceny stoi dwóch dementorów. Dlatego zimno przeszywało moje ciało, a łzy niemal same tworzyły się w moich oczach. McGonagall skinęła do nich i nagle zniknęli trzymając Ginny i Horacego Slughorna. Pisk sam wydał się z moich ust i przytuliłam się do Draco zupełnie automatycznie. Powoli wzięłam od niego batona.
- I co teraz?
- Teraz... Będę musiał odejść.

***

Neville nie był pewien czy spał 15 minut, a może to była godzina? Ale kiedy otworzył oczy i widział całe pomieszczenie dokładnie omal się nie przewrócił. Znajdował się w starym, opuszczonym szpitalu psychiatrycznym. A przynajmniej na to wskazywały dyplomy powieszone tu i ówdzie na ścianach. Łóżko okazało się nie być betonowe, ale za to wisiały na nim liczne pasy. Podszedł do drzwi i po raz kolejny spróbował je otworzyć. Tym razem, skutecznie.
- Co do...
- Witaj Neville. - usłyszał znajomy mu już głos.
- Co się ze mną dzieje, co ze mną zrobiłaś?! - nie poznał własnego głosu.
- Myślę, że będzie lepiej, kiedy porozmawiamy o tym osobiście.
Te słowa echem odbiły się w jego głowie. Już od chwili kiedy się tu znalazł, chciał to zrobić. Ale teraz poczuł coś w rodzaju tremy.
- To gdzie jesteś? - przełknął ślinę.
- Za Tobą.
W jednym momencie jego ciało przeszedł dreszcz. Stał jak sparaliżowany. To było niemożliwe. Wszystko co teraz się działo było zwyczajnie niemożliwe. Zobaczył jak zapalają się światła na ciemnym korytarzu, a na koniec usłyszał pstryknięcie za sobą. Obrócił się powoli. Pod ścianą na przeciwnym końcu pokoju stała kobieta. Ubrana w czarny wełniany sweter i ciemne leginsy. Na nogach miała granatowe trampki. Patrzyła się w ziemię więc nie dostrzegł dokładnie rysów jej twarzy.

***

Idąc z Draconem w stronę zamku omal nie rozpłakałam się błagając go, żeby mnie nie zostawiał. Po dziesiątym razie zatrzymał się tuż pod Wieżą Astronomiczną. Przejechał dłońmi po twarzy i z pełną rezygnacją odezwał się wreszcie.
- Mój ojciec zrozumie tą legendę. To on robił adnotacje. Dowiemy się dlaczego Arielle ma taki dar. I Hermiono... Tam jest ta legenda, o Tobie. Ja nie rozmawiałem z moimi rodzicami odkąd... Odkąd Cię chronię. Ojciec dalej gardzi sz... Mugolami.
- Powiedz to wreszcie Malfoy. - cofnęłam się o krok ze zdenerwowania.
- Co mam powiedzieć?
- To, że jestem szlamą. To Ci przeszkadza prawda? Chcesz odpokutować te swoje głupie winy, ale wciąż masz wstręt. Każdy Twój ruch, każde Twoje żałosne posunięcie, starasz się do mnie zbliżyć i uciekasz. Widzę to. - słowa same płynęły mi z ust.
Smok zacisnął zęby i zamknął oczy. Kiedy je otworzył nie było w nich złości.
- Jedyny wstręt jaki mam to ten, że nie czytasz tych głupich książek jak dawniej...
Jak on w takiej chwili mógł w ogóle myśleć, o tym, że nie czytam książek?
- Chodzi mi o to, że uciekasz od tego kim byłaś. - jakby czytał mi w myślach.
Przez chwilę się nie odzywałam. Z zamku dochodziły jedynie szmery pojedynczych rozmów. Wszyscy najwyraźniej zszokowani siedzieli w pokojach. Poprawiłam odruchowo włosy.
- Proszę... - szepnęłam tylko.
- Zostanę tylko na jedną noc.
- Zostaniesz... ze mną, na jedną noc? - mój głos zabrzmiał panicznie.

***

Harry schodził schodami do wyjścia z gabinetu dyrektorki, rozważając jej słowa o odpowiedzialności. Gryffindor nie stracił punktów, bo przez całe zamieszanie w zamku, żaden dom nie rozpoczął punktacji. Czuł się strasznie sprowokowany. Właściwie w tamtym momencie, czuł się jakby był nikim. Otworzył drzwi i zobaczył długie ciemne blond włosy i znajome spojrzenie.
- Arielle... Przepraszam.
- Nie do Ciebie przyszłam. - minęła go i wspięła się po schodach.

***

Neville zrobił krok do przodu. Kobieta miała jasne blond włosy. Sięgały trochę poniżej ramion. Miała długie szczupłe nogi i wesoły uśmiech. Gdy tylko się poruszył podniosła na niego wzrok. I podeszła eleganckim krokiem stając o centymetr od jego twarzy. Była śliczna. Jej oczy miały czekoladowy kolor, a ona zdawała się być dziwnie znajoma. Longbottom nie czuł strachu. Czuł ulgę, zupełnie jakby znalazł dziecko, które zgubiło mu się w sklepie.
- Widzisz Neville, zawsze wiedziałam, że będziesz idealny. - powiedziała znanym mu ponętnym tonem.
W jednej chwili się otrząsnął. Miał do czynienia z psychopatką. Która rzuciła na niego jakieś chore zaklęcie i więziła go w szpitalu psychiatrycznym.
- Skoro już się spotykamy to czy będę dżentelmenem zabijając panią bez różdżki?
Roześmiała się.
- Przecież już Ci mówiłam, nie możesz mnie zabić.
- Ta...
Znowu przysunęła się do niego niebezpiecznie blisko. Wyciągnęła rękę.
- Podaj mi swoją dłoń. - nie brzmiało to ani jak rozkaz, ani jak prośba.
Nie wiedząc czemu posłusznie podał jej rękę. Jej dotyk był delikatny. Obróciła ją tak, że wewnętrzna część dłoni była na wierzchu. Delikatnie musnęła palcami miejsce po przeciwnej stronie nadgarstka i nagle na jego dłoni pojawił się znak. Kółko, a w nim dwie kreski tworzące wspólnie plus. Na każdej oddzielonej części widniała litera. SWCU. Obróciła swoją rękę na której widniał ten sam znak.
- Jeśli to zrobisz, sam zginiesz. - zaczęła się śmiać i zbliżyła usta do jego ucha. - Bo czy tego chcesz czy nie, jesteśmy połączeni. A Ty należysz do mnie tak samo, jak ja do Ciebie.
- Pani?
- Jestem Elizabeth.

***

Nie do końca wierzyłam, że się na to zgodziłam. Ale oto Dracon Malfoy, spędzał tą noc w mojej sypialni. W moim łóżku. Ze mną. Wyszłam z wielkiej marmurowej łazienki, a Draco już leżał w moim łóżku. Ze zdenerwowania trzęsły mi się nogi. Usiadłam powoli obok niego, a on przeczesał swoje mokre włosy i wysłał mi jeden ze swoich czarujących uśmiechów. Serce zabiło mi szybciej. I nagle Gryfońska siła wzięła nade mną górę. Podeszłam powoli na czworakach po łóżku i zatrzymałam swoją twarz tuż nad jego ustami. Jego oczy zabłysły. Objął mnie w pasie i posadził na sobie, a ja poczułam jak krew pulsuje mi w żyłach. Nigdy dotąd tego nie czułam, z żadnym innym mężczyznom. Przesunęłam delikatnie ustami po jego wargach i przeszedł mnie ogromny dreszcz. Powoli swobodnie opadłam na niego i czułam bicie jego serca. Pocałowałam go zapominając o wszystkim innym. A on nagle odsunął mnie od siebie.
- Przecież kochasz Rona...
- Chodzi o to... Że Ciebie kocham bardziej. - dopiero w tym momencie to zrozumiałam.
Z powrotem przysunął mnie do siebie i zaczął energicznie całować. Czułam jego uśmiech na swoich wargach.
- Będzie mi Ciebie brakować. - szepnął.

***

W pokoju Harry'ego, Rona i Neville'a. Brakowało Neville'a. I Rona. Właściwie, nie brakowało tylko Harry'ego. Siedział tam i czekał na rudzielca. Godziny dłużyły mu się bezustannie, a próby zaśnięcia były bezskuteczne. Usłyszał pukanie i w nadziei, że to on, zerwał się do drzwi.
- Ron nare... - uciszył się widząc, że gościem jest ktoś inny.
- Przepraszam, że tak nagle. - Arielle zamknęła za sobą drzwi na klucz.
Spojrzała na Harry'ego. Nigdy nie wierzyła w to, że on pewnego dnia poczuje do niej coś równie mocnego. Dzisiaj zdała sobie sprawę, że jest inaczej. I tak po prostu strzeliła focha jak typowa dziewczyna, przeklinała się za to w myślach. W tamtym momencie Potter stał tylko i patrzył na nią pytająco. Podeszła do niego i objęła go wciąż patrząc mu prosto w oczy.
- Wybaczam. - powiedziała w końcu.
Poczuła jak Harry unosi ją do góry i oplotła go swoimi nogami. Całował o wiele lepiej niż w jej wyobrażeniach.


__________________


Rozdział dedykuję mojemu najwspanialszemu chłopakowi i jego cudownym ustom, które mam przyjemność całować już ponad rok i 8 miesięcy. Pewnie czasem myśli, że mam go dość, ale to nie jest prawdą, ponieważ mam obsesję na punkcie jego oczu i uśmiechu. Które kocham najbardziej na świecie i dzięki Bogu nie mam dylematów Hermiony.
Reasumując, część tajemnic odkryłam. Na końcu załączam dwa zdjęcia. Jeden to znak łączący, a drugi to rysunek, który był na fp na facebooku, ale nie wiem czy każdy widział. Zachęcam do komentowania i nie przerażania się, że pewne paringi są "oczywiste". Oczywista jest tylko Luna i George... No dobrze, nie mam serca tego trzymać w sobie... Harry i Arielle też :) bójcie się Lyar'a...








niedziela, 17 listopada 2013

Coś więcej niż ludzie.


Lyar szedł korytarzem i zmierzał na boisko Quidditcha. Na jego twarzy malował się pełen satysfakcji uśmiech. Wszystko układało się po jego myśli. Musiał znaleźć tylko sposób, żeby Astoria przestała mieć zadatki na zdrajcę krwi... Nie mogła mu tego robić. Nie teraz. Pewnie ten głupi wyraz twarzy by się nie zmieniał gdyby długie blond loki nie śmignęły mu przed twarzą w objęciach... Pottera.
- Ekhm. - chrząknął, a Arielle odskoczyła od niego energicznie.
Harry poczuł się jak uderzony w policzek i zagryzając mocno zęby obrócił się na pięcie bez słowa.
- Harry! - krzyknęła Arielle - Harry! Spotkajmy się na kolacji.
Nic nie odpowiadając Potter poszedł dalej, a Lyar odprowadził go wzrokiem, aż zniknął z pola widzenia. Spojrzał pytająco na blondynkę, która lekko się zaczerwieniła.
- Szeroko pojmowany friends zone? - powiedział wreszcie.
- Tak jakby. - poczuła suchość w gardle.


***

 Prawdę mówiąc, nie sądziłam, że to była randka. Nie całowaliśmy się, nie przytulaliśmy się. Nie trzymaliśmy się nawet za ręce. On nie prawił mi komplementów, a ja nie podziwiałam jego uroku. A przynajmniej nie na głos. Wypiłam kilka kieliszków wina i czułam się nieco rozbawiona całą sytuacją. Po wyjściu ze skrzaciego lokalu spacerowaliśmy po zamku przyglądając się i machając portretom. Nigdy dotąd się tak nie czułam. Nie myślałam o tym z jakiej epoki pochodzą postacie i w jakiej książce muszę sprawdzić o nich informacje. Do końca nie wiedziałam, czy to kwestia wina czy mojego towarzysza.
- To jak tam sprawa z Ronem? - spytał nagle Draco.
- Tak mi też.
- Co Tobie też?
- Mi też ten czerwony król z lokami przypomina Ronalda. - zaczęłam się śmiać.
Dracon parsknął śmiechem, ale popatrzył na mnie w taki sposób, że byłam pewna, że nie ustąpi.
- Kocham go. - wyrwało mi się.
Malfoy zaczerpnął głośno powietrza. A potem uśmiechnął się ciepło i wskazał na kolejny portret mrucząc coś o koziej bródce.

***

Po całym korytarzu przebiegł wesoły głos wychodzący nie wiadomo skąd.
- Dziś ogłoszona zostanie informacja istotna dla wszystkich uczniów. Dlatego dzisiejszy Trening Quidditcha drużyny Ślizgonów zostaje odwołany. Na boisku odbędą się zajęcia, które są obowiązkowe. Zatem do zobaczenia za chwilę - Radarda Fox podkreśliła mocno ostatnie zdanie i umilkła.
Harry zatrzymał się na schodach i kopnął z całej siły w barierkę, żałował, że nie poczuł bólu. Zawrócił natychmiast i pobiegł na boisko. Myślał o niebieskich oczach Arielle. Przez chwile wydawało mu się, że widział w nich, że go kocha. Ale to było niedorzeczne. Nie można było wyczytać z nich czegoś takiego.
"Nie ma na to magii..." - pomyślał i wszedł na boisko.

***

Na boisku ustawiona została wysoka scena, na której stała już Minerwa McGonagall w towarzystwie... Weasley'ów. Złapałam się na tym, że szukam Rona wzrokiem i przeklinałam w duchu za takie zachowanie. Niestety. Zobaczyłam tam jedynie Molly, Artura, Billa, Fleur, George'a i Lunę, którą można było śmiało już nazwać jedną z nich. Stałam razem z Draco na samym przodzie, zastanawiałam się o co chodzi. On nie wyglądał na zdziwionego sytuacją i spojrzał mi prosto w oczy.
- Muszę tam wejść więc... Poczekaj tu.
I odszedł.
- O co tu chodzi? - powiedział stając za mną zasapany Harry.
Pokiwałam przecząco głową na znak, że nic nie wiem i skupiłam cały swój wzrok na scenie. Kiedy boisko wypełniło się już uczniami dyrektorka przerwała ciszę. Jej głos dzięki zaklęciu był głośny i wyraźny.
- Wielu z was słyszało o wydarzeniach, które dotknęło obecną tu rodzinę. To co zaraz usłyszycie, może wydać się dla was szokujące. Proszę wszystkich o wyrozumiałość.
Serce zabiło mi mocniej. Z jakiegoś dziwnego powodu czułam, że to co mają nam do przekazania wcale nie jest dobre. Słońce już zachodziło, a atmosfera mroku zdawała się przytłaczać mnie ze wszystkich stron.
- Ginerwa Weasley, podobnie jak Horacy Sughorn, nie zginęli.

***

Neville obudził sie po raz kolejny na wilgotnej ziemi. Wydawało mu się jednak, że w pomieszczeniu ujest nieco jaśniej. W półmroku dostrzegł drzwi znajdujące się naprzeciw niego. Oprócz tego miejsce posiadało toaletę i betonową płytę, która chyba miała być łóżkiem. Znajdował się chyba w jakiejś starej celi więziennej. Nie było w niej nikogo, a mimo to silnie wyczuwał czyjąś obecność. Nie czuł już bólu w nogach, a gdy ich dotknął, wszelkie rany zniknęły. Podniósł się powoli i podszedł do drzwi. Chociaż był niemal pewien, że to niemożliwe, by stąd wyszedł szarpnął je z całej siły. Jak się spodziewał, były zamknięte.
- Neville, Neville, Neville. - usłyszał leniwe powtarzanie jego imienia.
Rozejrzał się na wszystkie strony. Nikogo nie zobaczył.
- Coraz lepiej widzisz prawda? - śmiech kobiety był perlisty i o dziwo słodki.
- O co w tym wszystkim chodzi?
Usłyszał tupot obcasów, ale nikogo nie widział. Był zupełnie sam, a głos już nie był w jego głowie. Był gdzieś obok, ale sam nie potrafił określić gdzie.
- Lubię Cię Neville. Może dlatego ciągle miałeś oczy i z początku nic nie widziałeś - westchnęła - Kiedy już będziesz gotowy, dostaniesz najlepsze warunki ze wszystkich.
- Gotowy na co? Jeśli się pani podobam to mogło się obejść bez zamykania mnie w jakimś rynsztoku. Swoją drogą wypada się umyć na randkę. - spojrzał na swoje ubłocone ręce.
- Oh Longbottom. Będziesz dużo bardziej doskonały niż teraz. Wierz mi. A teraz lepiej znowu się prześpij, to dobrze Ci robi.
Znowu usłyszał kroki, które stopniowo stawały się ciche, aż w końcu nie było ich słychać wcale.

***

Dostrzegłam w tłumie Arielle i skinęłam do niej ręką, która zatrzymała się w miejscu na słowa dyrektorki, a wszystkie oczy skierowały się na mnie. McDonely uratowała mnie podchodząc energicznie i opuszczając ją. Zaraz za nią przyszedł Lyar i uśmiechnął się do mnie wesoło. Na scenie nagle zapanowało zamieszanie. Zza kurtyny wyszedł Ron i Fred prowadząc dwie osoby z różdżkami wyciągniętymi za ich plecami plecami.
- Mój Boże. - spojrzałam na Harry'ego, który zrobił minę jakby miał zwymiotować.
Na scenie kroczyła boso, w granatowej sukience, Ginny Weasley. Wyglądała jednak nieco inaczej. Na jej twarzy malował się złośliwy uśmiech i machała kajdanami. Obok niej, szedł również zakuty i szyderczo patrzący Horacy Slughorn. Wyglądał na młodszego. Właściwie i on i Ginny nabrali jakimś dziwnym sposobem piękna, które było jednocześnie przerażające.
- Zostało na nich użyte zaklęcie, którego nikt z nas nie zna. Dlatego, macie zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji jaka nad wami...
- Ale jesteś nudna babciu. - głos Ginny był obcy, ale i równie głośny jak dyrektorki.
- Ginerwo zachowuj się, ona wystawia nas na tej rewii mody. - mówiąc to, Slughorn do mrugnął do mnie.
McGonagall wykonała ruch różdżką, a ich kajdany zaświeciły się. Na ich twarzach pojawił się ból. Nie odezwali się już.
- Sytuacji jaka nad wami ciąży. NIKT. Powtarzam nikt, nie ma prawa po godzinie 20 wychodzić z zamku. Wszystkie wyjścia do Hogsmeade zostają odwołane. Do momentu aż nie znajdziemy sprawcy oraz przeciwzaklęcia.
Ginny parsknęła śmiechem. Był obrzydliwy. Piskliwy i wbijający się we wszystkie części ciała. Odgarnęła włosy do tyłu i podeszła o krok do przodu. Rozejrzała się w tłumie i pomachała nam. Czułam, że uginają się pode mną kolana, a Lyar łapie mnie i stawia na równe nogi. Ona zaś spojrzała w stronę pana Weasley'a i wykonała taki gest językiem, że Molly omal nie sięgnęła po różdżkę.
- Czy wy wszyscy, naprawdę myślicie, że chodzi nam o waszych nic nie znaczących uczniów?
NAM. Powiedziała NAM... Harry zaciskał dłonie w pięści tak mocno, że stały się już sine. Ginny zrobiła krok w lewo do Draco. I szepnęła mu coś do ucha, a potem zgięła się w pół gdy kajdany zabłysły.
- Dość tych bredni.
- Jesteś beznadziejna... Babciu. - powiedział nagle Slughorn, który nie wiedzieć jakim sposobem nagle trzymał w ustach fajkę. - Dumbledore był zawsze dziesięć kroków przed Tobą.
- Oh chodzi nam o nie. - spojrzała wprost na mnie i Arielle.
 Przez chwilę poczułam, że świat zawirował. A Arielle mówi coś o tym, żebym nie mdlała jak w Hogsmeade. A więc to tak... Ocuciłam się po Harry wstrząsnął mną i spytał czy wszystko w porządku. Nie zdążyłam odpowiedzieć.
- I trochę o niego. - wskazała na Harry'ego dłońmi w kajdanach. - Chcę go zamordować.

***

Draco stał na scenie i żałował, że nie uprzedził Hermiony, o tym wcześniej. Wyrzuty sumienia targały nim ze wszystkich stron, ale twarz pozostała niezmienna. Cały Zakon wiedział, że to ryzykowne, ale gdyby tego nie zrobili znaleźli by się śmiałkowie łamiący przepisy. Ginny szepnęła mu coś o sypialni, a on odskoczył wyjmując różdżkę. Słowa wypowiadane przez ich więźniów były w pewien sposób pociągające, co strasznie go przerażało. Jester Jolly i Hagrid skinęli na niego zza kurtyny. Wyszedł czując na sobie spojrzenia wszystkich i cichy szept Ginny.
- A może w gabinecie babci?
Dreszcz przeszedł go po plecach, bo mimo, że nigdy nie podobała mu się ruda jej słowa teraz brzmiały strasznie kusząco. Otrząsnął się i podszedł do nauczycieli. Pokazali mu księgę.
- To odpowiedź na ta małą Arielle, cholibka! Sam zem się zdziwił jak żem to znalazł.
Patrzył się jednak daleko na scenę i widać było, że przeraża go ta sytuacja. Draco spojrzał na nich pytająco. Pierwszy odezwał się Jolly.
- To książka Twojego ojca.



_________________________


 Z dedykacją dla SP <3
Chyba jest za krótko, ale gdzieś już w połowie pisania rozbolała mnie głowa, więc musicie mi wybaczyć. Mam nadzieję, że się podoba. Zachęcam do zostawiania komentarzy. Niedługo będę potrzebowała Waszej pomocy ^^