Wstęp

Hermiona Granger, postanawia opowiedzieć dzieciom jak doszło do tego, że jest z ich ojcem. Czytelnik od samego początku nie zna jego tożsamości, może się jedynie domyślać kim on jest...

sobota, 9 listopada 2013

Wkrótce zginie trzeci.


- Arielle... - zaczął spokojnie Neville - Na terenie Hogwartu nie można się aportować, ani deportować. Biegłem tutaj aż z Zakazanego Lasu.
McDonely aż zakręciło się w głowie. Usiadła na sofie przed kominkiem i ukryła twarz w dłoniach. Dopiero po kilku sekundach zdecydowała się spojrzeć na Neville'a. Majstrował coś przy pierścionku, zupełnie jakby chciał napisać wiadomość. Dlaczego w tym przeklętym Hogwarcie, nie można było zadzwonić?
- Kto tam jest? - spytała.
Dalej na nią nie patrzył tylko kręcił szafirowym kamieniem jakby w poszukiwaniu odpowiedzi. Arielle zaczęła się powoli denerwować i miała ochotę zamienić Longbottoma w jego ropuchę. Pochwaliła się w myślach, bo transmutacja szła jej na konkursie całkiem nieźle. Podniosła różdżkę leżącą obok niej, mruknęła pod nosem zaklęcie, które pamiętała i wycelowała w... pogrzebacz. Rechot obok Neville'a sprawił, że ten podskoczył i popatrzył się na nią szerokimi oczami.
- Arielle... - niemal szepnął.
- Tak wiem, to głupie... - zaczęła się usprawiedliwiać, ale nie skończyła...
Neville zerwał się nagle i uklęknął przy niej, pokazując na jej dłoń.
- Użyłaś mojej różdżki!

***

Osunęłam się na kolana i łzy naleciały mi do oczu w jednej sekundzie. Nie mogłam w to uwierzyć. Bose stopy i strzępki granatowej sukienki widniały przed moimi oczami, nawet gdy je zamknęłam. Przez chwilę szloch Pana Weasleya, przebijał się z echem po całej stacji. Minęło zaledwie kilka sekund, a ja czułam się jakbym klęczała w tej pozycji już cały dzień. Usłyszałam, że ktoś podbiega i zatrzymuje się za mną.
- Hermiona, czy Ty do reszty... - ale Ron nie skończył.
Otworzyłam oczy. Bill ciągle stał w tym samym miejscu jak zamrożony. Jedyną oznaką tego, że tak nie jest, był fakt, że mrugał. Ron patrzył się w stronę ojca, który wciąż rozpaczliwie zawodził. Minerwa McGonagall odwróciła się plecami. Dopiero teraz byłam w stanie dostrzec kto jeszcze tam był. Na samym środku stał Harry, który gapił się w niebo jakby chciał uciec. Gdzieś bardzo wysoko. Popatrzyłam w górę w tej samej nadziei. W tym momencie rozległ się wielki huk, a na niebie napis "Zginęło dwoje. Ilu jeszcze musimy zabić, żebyście ją oddali?". Spuściłam wzrok i zauważyłam, że wszyscy patrzą się na mnie. Ron zaciskał pięści i nagle zaczął krzyczeć jak opętany różne wyzwiska. Pan Weasley dopiero wtedy podbiegł do niego i zupełnie po ojcowsku go przytulił. Dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać.
"Ginny Weasley, jest martwa"

***

Neville i Arielle biegli przez błonia do Zakazanego Lasu kiedy usłyszeli wielki huk dochodzący jakby z nieba. Zupełnie jakby ktoś przebił balona wielkości Azkabanu. Nad ich głowami pojawiły się zielone słowa, które rozmyły się gdy tylko zdążyli je przeczytać. Gwałtownie przyśpieszyli i zatrzymali się tuż przed wejściem do lasu.
- Ten las. Zawsze mnie przerażał, a teraz wydaje mi się o wiele bezpieczniejszy. - powiedział Neville i ruszył przed siebie.
Robił bardzo duże kroki, a Arielle z trudem łapała oddech pędząc za nim. Przełknęła ślinę rozglądając się po lesie. Usłyszała gdzieś z boku szelest. I zatrzymała się gwałtownie.
- Neville - szepnęła. - Coś jest nie tak.
- Nie mamy czasu na takie głupoty, musimy... - i nagle fioletowe światło przeleciało koło jego lewego ucha.

***

Draco. Moje serce przybrało zawrotnego tempa, kiedy zdałam sobie sprawę, że nie widzę go na stacji. Zginęło dwoje. Myśli krążyły w mojej głowie jak oszalałe, wszyscy Weasley'owie stanęli nad Ginny. Ja nie mogłam patrzeć w tamtą stronę. Szeptali coś energicznie razem z Minerwą McGonagall, która do nich podeszła. Pierwszy raz widziałam Jestera Jolly, który się nie uśmiechał tylko stał patrząc się w jeden punkt podobnie jak Harry. Hagrid i Olimpia siedzieli na ławce, a on ronił wielkie łzy. Starałam się przypomnieć sobie kto jeszcze szedł z nami na stację. I przypomniałam sobie Fox, krzyczącą, żebym kładła się na ziemi, bo w moją stronę leciało zaklęcie. Był tam też... Horacy Slughorn. i Draco. Jedna osoba z nich była martwa. Czułam jak żołądek obraca mi się o 360 stopni. Stałam zupełnie sama obok beczki, za którą wcześniej się chowałam. Wiedziałam, że powinnam się ruszyć, poszukać ich. Ale jakaś niewidzialna siła trzymała mnie wciąż w tym samym miejscu. Patrzyłam się na Weasley'ów stojących nad ciałem Ginny.
- Hermiona... Jesteś cała, bo... - usłyszałam słaby znajomy głos, który nagle się urwał jakby zobaczył ducha
Draco wdrapywał się z torów na peron.

***

Arielle w ostatniej chwili pociągnęła Neville'a za kaptur kurtki za wielkie drzewo z grubym pniem. Wychyliła się lekko i ujrzała pięciu ludzi. Wysokich, mniej więcej tego samego wzrostu. Ubrani byli w mugolskie, czarne bluzy z kapturem, które zasłaniały im twarze i czarne spodnie. Arielle rozpoznała po klatkach piersiowych, że tylko jedna z osób jest kobietą i to właśnie ona stała z wyciągniętą różdżką.
- Nigdy dotąd nie widziałem fioletowego światła z różdżki - szepnął Neville.
Kroki, które stawiała napastniczka wcale nie były bezszelestne i eleganckie, wręcz przeciwnie. Chciała chyba wywołać napięcie.
- No proszę, proszę. - w głosie kobiety brzmiała nutka nienawiści - Synek Longbottomów sie chowa.  Przynieść Ci smoczka dzidziu?
Jej towarzysze roześmiali się żwawo. A Neville w jednej chwili wyskoczył zza drzewa z różdżką wyciągniętą przed siebie. Arielle usiadła na ziemi i słuchała uważnie. Przez chwilę jedynym odgłosem było dudnienie jej serca.
- A gdzie dziewczyna? - skinęła na jednego z zakapturzonych mężczyzn. - To jej potrzebujemy.
I wtedy wszystko zaczęło dziać się strasznie szybko. Z różdżki Longbottoma wyskoczyło czerwone światło i śmignęło centymetr od kobiety, która zaśmiała się złośliwie i natychmiast odpowiedziała mu zaklęciem. Arielle zaczęła biec gdy tylko zakapturzona postać zbliżyła się do niej, zobaczyła tylko jak Neville pada na ziemię gdy fioletowe światło trafia w jego nogi.
- Arielle! - krzyczał. - Musisz to zrobić sama! Dasz radę na pewno, PAMIĘTAJ CO DZISIAJ...
Tyle zdążyła usłyszeć. Była już za daleko. A zakapturzona postać zdawała się nie mieć różdżki albo zwyczajnie nie chcieć jej używać. Biegła tylko za nią, a ona robiła slalom między drzewami, powoli zwalniając z wyczerpania.
"Dam radę" - zatrzymała się.
Stanęła przodem do napastnika nabierając niebywałej odwagi. Była McDonely. A McDonely się nie poddają. Pomyślała o Harry'm o stacji, którą widziała zaledwie raz. Mężczyzna zbliżał się do niej. Wyobraziła sobie Express Hogwart. Kaptur powoli zaczął się zsuwać. Wszystko zawirowało, a Arielle zobaczyła tylko jego ciemne włosy i zniknęła w nicości.

***

Dopiero widok Draco sprawił, że ruszyłam się z miejsca. Podbiegłam i pomogłam mu wyjść. A on od razu wyjął różdżkę i... Ciało Slughorna wzleciało w górę, a następnie opadło miękko na peron. Zakryłam dłońmi usta i zastygłam w bezruchu po raz kolejny, tak bardzo żałując tej beznadziejnej przypadłości. Ron widząc to podbiegł do nas wymachując rękami.
- TY! - wrzasnął. - TO WSZYSTKO TY...
Nawet to nie ruszyło nikogo z miejsca. Draco stał opanowany wpatrując się  w Rona, który stanął naprzeciw niego. Oczy miał pełne łez i nienawiści, jeszcze nigdy go takim nie widziałam.
- GDYBYŚ TU NIE PRZYJECHAŁ, NIC BY SIĘ NIE STAŁO. GDYBYŚ PRZESTAŁ WTRĄCAĆ SIĘ W NASZE ŻYCIE TY CHOLERNY ŚLIZGONIE!
- Ron przestań! - łzy zaczęły mi lecieć po policzku.
- Powiedział Gryfon, który boi się pogadać ze swoją byłą dziewczyną. No tak faktycznie, winszuje odwagi Weasley. - powiedział Smok przez zęby.
Ron po raz kolejny zacisnął pięści, podbiegł do niego i już wymierzał cios kiedy Dracon podciął mu nogi i przytrzymał go leżącego na brzuchu i krzyczącego ku niemu tysiące obelg.
- Posłuchaj Weasley, przyjechałem tutaj, bo Hermiona tego chciała, nie po to, żeby nas wszystkich zabijali. Nie po to, żeby słuchać Twoich prostackich tekstów pod adresem mojej matki, ani tym bardziej po to by pochować opiekuna mojego domu! - wciąż wciskał go w posadzkę.
- I moją siostrę palancie! - warknął Ron.
Dopiero wtedy zobaczyliśmy, że wszyscy stoją już nad nami. Malfoy puścił Rona i usiadł patrząc się w stronę ciała Ginny. Zebrałam w sobie odwagę i nie zważając na to, że wszyscy się na mnie patrzą. Stanęłam nad nią i pisnęłam. Echo tego dźwięku przebiło całą stację. Leżała na plecach. Miała wydłubane oczy, a z pustych oczodołów leciała krew. Brzuch miała cały rozcięty w równoległych poziomych pasach, tam krew była już zaschnięta. Spojrzałam na wszystkich. Patrzyli się na coś za mną szerokimi oczami. Powoli się obróciłam. To Arielle stała tam roztrzęsiona wskazując na niebo.
"Wkrótce zginie trzeci." głosił napis.

***

Nie pamiętam jak wróciłam do dormitorium. Ani kiedy położyłam się spać. Wstałam rano mając nadzieję, że to wszystko było koszmarem. Leżałam dalej w czarnej sukni, a koło mojego łóżka, opierając się o ścianę siedzieli Draco i Harry. Potter miał szramę pod lewym okiem. Podniosłam się powoli.
- Czy...
Oboje skinęli twierdząco głowami. Usiadłam naprzeciwko nim.
- Co się wydarzyło? - spojrzałam na nich błagalnie.
- To było zaplanowane. Wiedzieli, że część naszych ludzi wyjdzie z Hogwartu. Tam nie mogą nam nic zrobić, ale poza nim... Więc aportowałem się na środek stacji i użyłem zaklęcia, które... Jest pod szkatułką Arielle- głos Harry'ego się załamał.
- Nie wiedzieli, że Ty tam będziesz. Chcieli tylko zastraszyć. Renarda Fox pobiegła za jednym, ale szybko ją zauważył i... zniknął. Tak po prostu. Nie było dźwięku jak przy aportacji. Zwyczajnie zniknął. Złapali Neville'a. A McDonely... Ona potrafi się aportować. Widziała to. Zdążyła uciec. - skończył Draco.
Z łazienki wyszła Arielle i profesor McGonagall, która uważnie przyglądała się wannie. Arielle wyjaśniła szybko o co chodzi, a ja poczułam gęsią skórkę na ciele. Wcale nie byłam aż tak bezpieczna w Hogwarcie. Chwyciłam torbę, którą miałam przygotowaną w razie nagłego wypadku.
- Przepraszam ja... - i po prostu wybiegłam.

***

Zbiegłam na sam dół, nie wiedząc gdzie tak naprawdę idę. Na korytarzu wpadłam na Rona. Dosłownie.
- Auuuć! - syknęłam z bólu, bo jego biodro wbiło mi się w żebra.
- Przepraszam. - zerknął badawczo na moją torbę. - Dokąd się wybierasz?
- Donikąd! - krzyknął za nami Draco.
Podskoczyłam. Stanął między nami i wpatrywał się we mnie przeszywającym spojrzeniem. Być może miał rację, że nie powinnam uciekać. Ale nie powinnam też zostać.
- A od kiedy Ty mówisz, co ona ma robić? - zdenerwował się Ron.
- Nie możesz uciec. Wszyscy staramy się ratować Twoje życie. Myślisz, że jak sobie gdzieś pójdziesz to nagle problem zniknie? To przestaną nas wszystkich wybijać? - zignorował go Draco.
Spojrzałam na nich. Oboje tak różni, a tak bardzo mi bliscy. Jeszcze wczoraj nie potrafiłabym myśleć w tej chwili o niczym innym jak o tym, że są niezwykli. Teraz w mojej głowie jawiły się tylko przebłyski obrazu Ginny  i Slughorna leżących na peronie. A strach, że Neville może do nich dołączyć mnie przytłoczył.
- Posłuchaj. - powiedział twardo Ron. - Jeśli chcesz uciec, to powiedz. Zrobię to z Tobą.
- Czy Ciebie muszą zamknąć w Świętym Mungu, żeby dotarło do Ciebie, że masz rozum skrzata domowego? - wydarł się Malfoy. - Nigdzie się nie wybierasz Granger. Choćbym miał za to przypłacić własnym życiem, przywiązać do krzesła w Wielkiej Sali lub siedzieć na Tobie aż przestaniesz się rzucać.
Ron zaczął się krztusić gdy usłyszał ostatnią propozycję i stanął naprzeciwko Draco, zasłaniając mi jego twarz.
- Tak się o nią nagle troszczysz? A gdzie byłeś przez te wszystkie lata kiedy była zakompleksiona, wiecznie przy książkach i płakała z powodu swojego pochodzenia... Hmm... Zaczekaj, już wiem! To Ty ja w to wszystko wpędzałeś. - odepchnął Draco do tyłu.
- Musiałem ją wpędzić w wielkie kompleksy skoro wybrała coś tak bezwartościowego jak Ty Weasley. Nic o mnie nie wiesz. Wydaje Ci się, że jesteś królem, ale dla mnie zawsze zostaniesz kretynem rzygającym ślimakami. - ominął go i stanął naprzeciwko mnie. - Nie pozwolę Ci odejść.




_____________________

Ah, pisałam dość mozolnie, ale oto i jest ta część, w której niektóre rzeczy się wyjaśniają powoli. No i macie trochę Draco, niedługo będzie go jeszcze więcej, bo wiem, że zarys jego postaci was interesuje. Co tu dużo mówić. KOMENTUJCIE, czytajcie i trwajcie w napięciu :D



wtorek, 5 listopada 2013

"Lecz walka o jej serca krwawą się okaże"



Ron stał razem z siostrą przed wejściem do Hogwartu. Ginny w granatowej sukni do kolan, wyglądałaby niesamowicie elegancko, gdyby nie fakt, że zdjęła obcasy i odrzuciła je na bok. W koku wyglądała bardzo poważnie, ale gdy tylko się odzywała, człowiek od razu zaczynał rozumieć jak bardzo pogodną postacią jest Ginny Weasley. Mimo tworzonej przez lata skorupy, wewnątrz była ciepłą osobą. Ron, który kiedyś bardzo się o nią martwił zrozumiał wreszcie jak silną osobę ma w rodzinie.
- To była magiczna noc. - powiedziała w końcu ruda.
To były ostatnie słowa jakich Ron, spodziewałby się po Ginny. Ale jeszcze bardziej nie spodziewał się tego co wydarzyło się zaraz po nich. Za nimi pojawili się George, Fred, Luna i Neville wyraźnie przerażeni.
- Aportujemy się do Hogsmeade, natychmiast!

***

Zaczęłam panicznie piszczeć, ale przy licznych wybuchach, krzykach i wyzwiskach, nawet ja nie usłyszałam swojego głosu. Było tak ciemno, że nie widziałam nawet jak daleko jest do wejścia, do pubu. Moje serce waliło jak oszalałe. Nie mogłam znieść myśli, że coś mogło się stać Draco... Nie nie mogło, od razu skarciłam swoje własne myśli. Nie mogłam stać bezczynnie, poderwałam się na równe nogi. Zupełnie bez przemyślenia i zapominając o jakimkolwiek złu. Przynajmniej moi przyjaciele byli bezpieczni. Przynajmniej...
- Ty suko! - usłyszałam znajomy głos i omal nie straciłam równowagi.
To profesor McGonagall, wyzwała jakąś kobietę, która prawdopodobnie próbowała ją oszołomić.
"To wszystko nie dzieje się naprawdę" - pomyślałam zaczęłam cofać się powoli do tyłu.
Gdy nagle ktoś pociągnął mnie z całej siły za brzuch. Próbowałam się szarpać, wyrywać, kopać, na marne. Napastnik musiał być mężczyzną, był silny, a jego ręka miała wyraźne muskuły. Trzymał mnie z całą swoją energią, dokładnie nad biodrami, zupełnie jak...
- Ron! - powiedziałam nagle, kiedy znaleźliśmy się w równie ciemnej uliczce.
- Lumos - usłyszałam dobrze mi znany i niegdyś słuchany codziennie głos. - Następnym razem, nie kop mnie tak bardzo, kiedy ratuję Ci życie.


***

Draco poczuł jak zapada się w ciemność, wiruje, a potem spada na coś strasznie twardego.Otworzył oczy. Ku jego zaskoczeniu leżał... na łóżku. Wstał. Znajdował się w swoim dormitorium. Było jednak jakieś inne. Nie mógł dostrzec zielonej barwy nigdzie, poza kocem na łóżku. Wszystko było nieskazitelnie czyste, ściany kremowe. Chciał coś powiedzieć, ale się zawahał. Po raz kolejny zamknął oczy. Zaczął się zastanawiać, czy to nie tylko jakiś głupi sen. I prze chwilę naprawdę miał taką nadzieję.
- To nic nie pomoże - usłyszał za sobą.
Obrócił głowę i wytrzeszczył oczy z przerażenia.
- Wrócisz, jeśli znajdziesz powód by móc wrócić. - powiedział niezwykle spokojnym tonem, siedzący na fotelu Severus Snape.

***

- Wracam tam! Tam... Kto tam jest? - zaczęłam iść w kierunku, z którego przyszliśmy.
Ron złapał mnie natychmiast i zaciągnął z powrotem. Popatrzył na mnie niezwykle poważnym wzrokiem. Zupełnie jak nie on. Nagle przez moją głowę przeszła straszna myśl.
- ZOSTAW MNIE! Kimkolwiek jesteś, zostaw mnie - znowu zaczęłam się wiercić we wszystkie strony.
- To ja! Przestań...
- Czemu mam Ci ufać, już ostatnio była was dwóch? - niemal piszczałam.
Chciałam zawołać o pomoc, ale to było najgłupsze co mogłam zrobić. Umierałam z przerażenia, z każdą chwilą po kawałku. Czułam jak moja dusza rozrywa się i odlatuje, jak stado motyli.
-Bo tylko ja... Mam to.
Przez chwilę grzebał w kieszeni i w końcu wyciągnął jakiś świstek. Rozwinął go i zobaczyłam zdjęcie. A na nim, napisane moim pismem "Najlepsi przyjaciele, na zawsze". Mała ja, Harry i Ron, uśmiechaliśmy się wesoło i machaliśmy. To był on. To naprawdę był on.
- Ja... Muszę tam wrócić. - powiedziałam w końcu.
- Nie możesz, Ty naprawdę...
Wykorzystałam moment nieuwagi Rona i jednym ruchem wyrwałam mu różdżkę, uciekając w najbliższą uliczkę. Jak przypuszczałam, od razu pobiegł za mną . Uchyliłam ukradkiem drzwi do jednego z domów i schowałam się za rogiem, a on niezwykle przewidywalnie, wszedł do środka.
- Przepraszam. - szepnęłam - Protego.
Niewidzialna tarcza, zakryła cały dom. A ja zaczęłam biec nie wiedząc na co się narażam w kierunku stacji.

***

Widok dawnego opiekuna domu oraz człowieka, do którego jednocześnie czuł kiedyś odrazę i wyrażał szacunek, był dla niego większym wstrząsem niż znalezienie się nagle we własnym pokoju. Zastanawiał się czasem co Snape o nim myślał. Pewnie to co wszyscy. Nieczuły dupek, skarżący na wszystko ojcu. Gdyby tylko wiedzieli...
- Tracisz na czasie Malfoy - zabrzmiał jak podczas lekcji.
- O co tu chodzi? - spytał, a widząc uniesioną brew Snape'a dodał - Panie profesorze...
Omal nie załamały się pod nim kolana, kiedy usłyszał, że dawny dyrektor się... śmieje. Jego twarz przybrała dawny wyraz, równie szybko i zaskakująco jak go zmieniła. Podrapał się nad brwią i z zaciekawieniem wpatrywał w Dracona Malfoya.
- Jesteśmy podobni. Ty i ja. I gdybyś tylko chciał mnie wysłuchać wtedy... Do rzeczy.
Wstał. Dopiero teraz Draco poczuł jego prawdziwą obecność. On naprawdę stał obok niego. Z tymi samymi czarnymi wiecznie tłustymi włosami. Z tą samą posturą nietoperza.
- Masz powód, by móc wrócić?

***

Dobiegłam na stację. Kurz unosił się w powietrzu. A ja nagle zatrzymałam się nie wiedząc po co w ogóle biegłam. Niosła mnie chyba ta przeklęta Gryfońska odwaga i chęć walki. Tak bardzo bałam się o ludzi, na których mi zależało, nie zdając sobie sprawy, że swoją obecnością narażam ich jeszcze bardziej. Nagle na samym środku pojawiło się coś niebywale jasnego. Światło było białe,  tak intensywne, że zamknęłam oczy chowając się przed nim. A wtedy wszystko ucichło. Usłyszałam najgorszy z możliwych dźwięków. Krzyk rozpaczy.
- Nieeeeeeeeeee... Tylko nie to... Tylko nie... ZOSTAW MNIE NATYCHMIAST!
Otworzyłam oczy. Pan Weasley pochylał się nad kimś cały roztrzęsiony. Latarnie znów się paliły. Zdążyłam zobaczyć tylko Lunę przytulającą się do George'a. Billa, który zamarł w pozycji do walki. Jestera Jolly, który zakrywał oczy Minerwie McGonagall. Reszta twarzy zmyła mi się z tłem. Zakryłam dłonią usta, zobaczyłam tylko, że osoba nad którą stoi Pan Weasley, jest bosa.

***

Po długim spacerze po zamku, Lyar odprowadził Arielle do pokoju. Od godziny siedziała już tam sama uskarżając samą siebie o to, że może jednak powinna pozwolić mu wejść.
" Dobrze wiesz, że nie o to Ci chodzi, Ty głupia dziewucho" - skarciła się w myślach.
To prawda. Oskarżała się o to, że musi go okłamywać. Nie mogła wyznać mu prawdy, że jest mugolką. Nie mogła wyznać jej nikomu poza jej... Przyjaciółmi? Nie wiedziała czy to odpowiednie słowo. Rozejrzała się. Stała w pokoju numer 913, Hermiony Granger. Brunetki, której nie znała jeszcze 1,5 miesiąca temu. Słyszała o niej, ale nigdy nie myślała, że może być kimś tak wyjątkowym. I powiązanym z nią. Tylko Harry był częścią jej życia. Tylko przy Harry'm czuła się trochę jak w domu, jak w normalnym świecie. I tylko Harry był powodem dla, którego Lyar nie wkradł się do jej serca, mimo, że bardzo starała się go tam wpuścić. Tak naprawdę, jeden okularnik, już jakiś czas temu urządził tam sobie przytulne gniazdko. Tonąc w napływie myśli, Arielle postanowiła się wykąpać. Marmurowa łazienka Hermiony była przepiękna i niezwykle klimatycznie oświetlona.
- Hej, wyłaź. - machnęła ręką w stronę drzwi.
Krzywołap leniwie wydrapał się z umywalki i ocierając się o jej nogę wyszedł. Zamknęła za nim drzwi i przekręciła zamek. Włączyła wodę w wannie i spojrzała w lustro. Jakby chciała wyczytać z własnych oczu, co ma teraz zrobić. Pisnęła z przerażenia. W lustrze za sobą zobaczyła, że do wanny nie nalewa się woda. Odwróciła się i omal nie zemdlała. Wanna napełniała się krwią. Próbowała wyłączyć kurek, ale nic to nie dawało. Pośpiesznie pobiegła do drzwi. Przekręcała zamek, ale wciąż były zamknięte.
- POMOCY! - wiedziała, że krzyczy bezcelowo.
Arielle nie należała do osób, które łatwo się poddawały, ale w tamtym momencie, chciała tylko zniknąć. Zaczęła grzebać w torebce i znalazła różdżkę. Krew zaczęła powoli wylewać się z wanny, a ona czuła jej metaliczny zapach, który doprowadzał ją do szału.
- Jak brzmiało to cholerne zaklęcie otwierające?!
- Alohomora! - usłyszała, po drugiej stronie drzwi.

***

- Mam. To znaczy... Hermiona, myślę, że ona mnie potrzebuje. -wydukał Draco.
Snape krążył w te i z powrotem pod drzwiami. Malfoy miał wrażenie, że ignoruj jego obecność. Jakby to sam nietoperz był twórcą tej dziwnej gry. Jakby to od niego... Zależała przyszłość. Snape zatrzymał się gwałtownie, spojrzał na Draco i  powiedział:
- Potrzebować. To bardzo interesujące słowo. Ciekawi mnie, czy celowo go użyłeś? To takie słowo, które kiedy go użyjesz, nie wymaga zaangażowania. Potrzebujesz się napić, przeczytać książkę, aż wreszcie... Potrzebujesz kogoś. Sam nie wiesz po co, po prostu ma być. I kiedy ktoś potrzebuje Ciebie, Ty też nie musisz wiedzieć po co. Wynika to z tego, że kiedy słyszysz "potrzebuję Cię", robi Ci się miło i o nic nie pytasz. Boisz się spytać. Bo lubisz to, że ktoś Cię potrzebuje. Sam możesz sobie dopisać jak.
Przez dłuższą chwilę panowało milczenie. Draco zaschło w gardle. Mógł odpowiedzieć mu milion rzeczy, które kłębiły się w jego głowie. Mógł nawiązać do przeszłości, mógł podać jakąś refleksję.Zamiast tego, patrzył na Severusa Snape'a oczekując, że coś doda. Nie dodał.
- Muszę ją bronić. - powiedział w końcu Dracon.
Profesor zrobił krok od drzwi, które otworzyły się na oścież. Wskazał mu je dłonią.
- Więc idź, pamiętaj tylko, że gdy wrócisz... - znów wbił w niego swój wzrok jakby czytał mu w myślach. - Może się okazać, że świat jest inny, niż widziałeś go do tej pory.

***

Kiedy drzwi od łazienki się otworzyły. Zarówno Arielle jak i Neville, byli w szoku, że to właśnie siebie widzą. Blondynka natychmiast się obróciła, z kranu nie leciała już krew, ale bezustannie wylewała się z wanny, ta która już tam była. Neville mruknął pod nosem jakieś zaklęcie, ale nic się nie wydarzyło. Zatrzasnął z całej siły drzwi, tak że aż podskoczyła.
- Musimy stąd iść.- pociągnął ją za rękę i wyprowadził do pokoju wspólnego.
Cały zdenerwowany, nie zadawał nawet pytań tylko stał przy kominku trzymając się za skroń. Pokazał jej dłoń. Z początku nie zrozumiała o co chodzi, dopiero po chwili, dotarło do niej, że pierścień na jego ręce świeci się na krwisty czerwony. Odruchowo zerknęła na swój. Błyszczał na złoto. Jak mogła tego nie zauważyć?
- Z początku wyrył się napis Hogsmeade, ale kiedy już chciałem się aportować... Zmienił się na Dormitorium Hermiony.
Arielle, uważnie słuchała rady, podczas której dostawali pierścienie. To miał być ich system porozumiewania się. Wielka magia. Kiedy jedna z osób noszących pierścień, była w zagrożeniu, sygnety pozostałych świeciły, a pośrodku kamienia pojawiało się miejsce, gdzie znajdował się ktoś w potrzebie. Nie dało się nosić pierścienia innej osoby. Były jak znicze. Miały pamięć ciał.  Popatrzyła na swój, blakło na nim Hogsmeade...
- Musimy się tam aportować. - powiedziała stanowczo.

***

Draco po raz kolejny poczuł jak zapada się w ciemność, po przekroczeniu progu drzwi. Potem upadł na coś twardego. Bał się otworzyć oczy. A co jeśli wróci do tego samego miejsca? Nie mógł żyć w strachu. Nigdy więcej. Otworzył oczy. Leżał na torach. Zaraz przed pociągiem. Podniósł lekko głowę i poczuł straszliwy ból w kręgosłupie. Spojrzał w bok i syknął. Mimo wielkiej ciemności, znajdował się tak blisko, że nie mógł tego nie dojrzeć. Obok niego leżał z otwartymi oczami, z których uciekło już życie, Horacy Slughorn.
"Dwóch Ślizgonów w jednym miejscu..." - pomyślał zaczynając się zastanawiać nad jakimś związkiem.
Mrok w jednej chwili wypełniło srebrzyste światło dochodzące gdzieś z góry. Zapaliły się latarnie, a jedyne co można było usłyszeć, to przeraźliwy krzyk Artura Weasleya.



____________________________


Mimo zdenerwowania na szkołę, udało mi się zakończyć rozdział. Jestem z siebie dumna, dlatego, że niezwykle ciężko jest mi samej, nawet jako autorce, pisać pewne rzeczy. Człowiek w pewnym sensie, zżywa się z bohaterami. Czy to książki, którą czyta, czy to serialu, czy to bloga. Tak więc, postępując zgodnie z biegiem historii, który cały w mojej głowie już istnieje, ukazuję wam pierwsze zmiany w mojej historii. Od czegoś łagodnego, do tego co widzicie teraz. Nie martwcie się, różnorodność jest tak wielka, że na pewno odnajdziecie się w tym wszystkim. Mam nadzieję, ze wybaczycie mi też niektóre decyzję. No i przede wszystkim, szukajcie odpowiedzi na tajemnice, jesteście bystrzy, tylko musicie czytać uważnie :> Dedykuję każdy wers właśnie Wam.



niedziela, 3 listopada 2013

INFORMACJA


Ups, niestety to nie jest rozdział. Mam nadzieję, że nie rozczarowałam Was za bardzo. Chciałam tylko podziękować czytającym, komentującym. Chyba zwłaszcza im, bo wasze miłe słowa są dla mnie wielką motywacją. Tak więc piszę do was w dwóch sprawach.

1. Ankieta

No więc jeszcze trwa, ale wstępnie wynika z niej, że zgadzacie się na taką scenę. Chcę jednak uszanować zdanie was wszystkich, nic nie będzie przesadzone. Nie będzie wielkiej ilości szczegółów, ani nie zrobimy tutaj żadnego porno. Do tej sceny jeszcze trochę czasu jest, więc zdążycie wszyscy oswoić się tą myślą. A teraz możecie trapić swoje głowy między kim owa scena zajdzie :>

2. Wasze propozycje

Zainspirowało mnie to, że wiele Waszych komentarzy, tyczy się tego, że powinnam napisać książkę. I rzeczywiście, postanowiłam wziąć się za siebie i taka już się tworzy. A główną bohaterką jest... Arielle McDonely. Nie do końca taka, jaką tu poznaliście. Chociaż charakter i wygląd zachowałam niemal identyczny, to do Hogwartu niestety się nie załapie. Nie martwcie się jednak. Jest mnóstwo magii, zaplanowane w mojej głowie.
Jeśli chodzi o Wasze propozycję, chciałabym też, żebyście wiedzieli, że często gdy "prosicie" mnie o coś w komentarzach ja to wykorzystuję. Mam jednak swoją wizję tego opowiadania i tej historii. I z góry przepraszam wszystkich, za jej zakończenie.


Jeszcze raz dziękuję Wam za waszą aktywność. Trapcie głowy nad tajemnicami, bo kolejny rozdział przyniesie ich więcej.

sobota, 2 listopada 2013

Noc pocałunków.



Przeglądając rzeczy w mojej szafie zdałam sobie sprawę, że... Nie mam ani jednej sukienki. Znalazłam jednak starą czarną, luźną u dołu spódnicę. Okazała się jednak być krótsza niż przypuszczałam i kiedy miałam ją na sobie ostatnio. Chciałam wyglądać ładnie już kiedy Draco się pojawi. Wiedziałam jednak, że chcę, żeby Ronowi również wyskoczyły gałki oczne. Mimo słonecznej pogody na zewnątrz było chłodno. Dobrałam więc do spódnicy zwykłą szarą bokserkę i zarzuciłam biały miły sweter, w czarne serca. Efekt był całkiem niezły. Patrząc w lustro przez chwilę miałam wrażenie, że patrzę na kogoś innego. Włosy uplotłam w niedbały warkocz, po prawej stronie głowy. Nigdy dotąd tak nie dbałam o wygląd.
- I nigdy dotąd nie zakochałam się w dwóch mężczyznach na raz. - powiedziałam do Krzywołapa leżącego w wannie.

***

Pokój wspólny Ślizgonów bił zielenią po oczach. Astoria siedziała z rękami skrzyżowanymi na piersiach, czytając list położony na swoich kolanach. Była wyraźnie niezadowolona. Jej kuzyn natomiast z podejrzanym uśmieszkiem machał różdżką w te i z powrotem. Poruszał medalionem z godłem domu w powietrzu, obserwując bacznie Astorie. Uśmiech nie znikał z jego twarzy.
- Musisz się tak głupio szczerzyć? - odezwała się w końcu Greengrass.
Kuzyn przestał poruszać różdżką, ale jego mina pozostała niezmienna.
- A co, może Twój Smokuś nie zgodził się iść z Tobą na bal? - wskazał na list wiedząc, że trafił w sedno.
Wściekła Astoria zerwała się na równe nogi i stanęła przy kuzynie. Była wysoka i szczupła, wciąż jednak nieco niższa od Lyar'a, jej kasztanowe włosy idealnie współgrały z zieloną barwą krawatu. Można było pomyśleć, że z tą wściekłą miną jest czymś w rodzaju demona. Piękna, ale zła. Spojrzała mu w oczy.
- Nie Twój zasrany interes! Myślisz, że jesteś lepszy ode mnie? Z kim idziesz na bal?
Nagle jego wyraz twarzy uległ zmianie. Był... pusty. Astoria przez chwilę się zawahała.
- Z Arielle McDonely. I nawet nie próbuj wchodzić mi w drogę. - wyrwał jej jednym ruchem list z ręki. - A to, możemy wyrzucić. Nie będziesz zadawała się z tchórzem, ze zdrajcą Czarnego Pana. Przestaniesz wreszcie być wyrzutkiem naszej rodziny!
I nie zważając na łzy kuzynki, pstryknął palcami, a kartka stanęła w ogniu.


***

Czas do wieczora płynął mi strasznie wolno. Nie mogłam się skupić w bibliotece. Wciąż przypominałam sobie to co zobaczyłam w myślodsiewni. Zastanawiałam się, czy to możliwe, że Bathilda Bagshot, całą swoją wiedzę oraz popularność zawdzięczała listom, które znalazła właśnie tam? Dodatkowo rozmyślałam jeszcze o Draco i Ronie. Siedziałam tak już trzecią godzinę. Zegar wskazywał na 19:45. Malfoy miał się pojawić już za 15 minut, podniosłam więc swoje rzeczy i udałam się do wyjścia, przechodząc przez czytelnie usłyszałam szepty kilku Krukonów z piątego roku. Ta spódnica zdecydowanie była za krótka. Już miałam wychodzić, kiedy nagle...
- Nie wierzę Horacy, że się na to godzisz! - usłyszałam wyraźnie zdesperowany żeński głos.
Ukryłam się za jednym z regałów. Horacy Slughorn stał naprzeciw nowej nauczycielki, która wpatrywała się w niego wyraźnie zaskoczonym wzrokiem.
- To rozkaz dyrektorki, przestań mnie męczyć Railler.
A więc tak miała na imię ta kobieta. Tylko o co jej właściwie chodziło...
- Daj spokój! Slytherin to potężny dom. Potrafi sobie radzić sam. Jego celem zawsze było ukazanie tego, a nie bratanie się z mieszańcami i szlamami! - tym razem w jej głosie nie było słychać desperacji, a jedynie dumę. W tym momencie z regału za którym stałam spadła książka. Odsłaniając idealnie miejsce w którym stałam, zrobiłam z przerażenia wielkie oczy.
- Panna Granger, jak miło panią widzieć. - powiedział Slughorn z uśmiechem. - Chyba upadła pani książka.
Podał mi egzemplarz Zaczynam z runami. Podziękowałam. I chciałam udać się do wyjścia.
- Po co uczennicy ostatniego roku taka książka? - Railler patrzyła się na mnie, a z tej odległości jej oczy wydały mi się być... krwiście czerwone.
- To nie dla mnie. - mruknęłam i pośpiesznie wyszłam z biblioteki. Na całe szczęście tuż przed nią wpadłam na znajomą mi osobę.

***

- Draco! - rzuciłam mu się na szyję zupełnie niekontrolowanie.
Nie zdawałam sobie sprawy, że do tej pory jeszcze nigdy się tak z nim nie witałam. Nie wiedziałam nawet, czy traktuje mnie jak przyjaciółkę. Widząc jego zdziwione spojrzenie odsunęłam się pośpiesznie. Z jego twarzy poza zaskoczeniem, niewiele mogłam odczytać. Nie odzywał się dłuższą chwilę.
- Coś nie tak? - spytałam w końcu. - Przepraszam...
- Nie. Wszystko dobrze, tylko...

***

Harry siedział z Ronem gapiąc się w kominek. Mimo dziwnych relacji rudzielca z Hermioną, Harry dalej uważał Rona za swojego przyjaciela. A kiedy ten przyszedł i powiedział, że musi mu o czymś powiedzieć, chętnie chciał go wysłuchać. Mimo to odczuwał, że to jakiś rodzaj zdrady na Hermionie.
- Słyszałeś o tym, że Hermiona zerwała ze mną, bo widziała jak całuję się z Luną? - powiedział w końcu.
Potter po tym zdaniu poczuł, że to naprawdę może być zdrada na przyjaciółce.
- Słyszałem - odpowiedział wolno.
- To nie byłem ja. To był George. Użył eliksiru, bo był w niej zakochany, a uważał, że ona kocha mnie. Sądził, że zginie i nigdy jej nie pocałuje. Ona i tak domyśliła się kim jest. A teraz są w super szczęśliwym związku.
Tego Harry na pewno się nie spodziewał. Właściwie nie wyobrażał sobie kogokolwiek z Luną. Ale nie to miało tutaj największe znaczenie.
- Hermiona powiedziała, że ostatnio było was dwóch. Znaczy, dwóch Ronów. - miał nadzieję, że nie pożałuje, że właśnie mu to wyznał.
- Wiem o tym. A wiesz co jest w tym wszystkim najgorsze?
Ron wstał i kopnął najbliższą rzecz na podłodze, która trafiła prosto w Krzywołapa. Kot najeżył się złowrogo i wysunął pazury, po czym zniknął uciekając w stronę schodów.
- Żadnym z nich, nie byłem ja.

***

Spędziłam wieczór na błoniach z Draco, który momentami zdawał się być myślami gdzieś daleko. Nie chciał mi się zwierzać. Właściwie coraz bardziej miałam wrażenie, że wymyśliłam sobie tą przyjaźń, a on mnie nie lubi. Tylko zwyczajnie mnie chroni z resztą ludzi. Mimo wszystko uszanowałam jego zdanie widząc cierpienie w jego oczach kiedy spytałam, czy chce mi coś powiedzieć. Rozstaliśmy się tuż przy wejściu do szkoły, bo on musiał się udać do profesor McGonagall. Już wchodziłam na pierwsze stopnie, gdy słysząc jego głos przeszył mnie dreszcz.
- Hej Granger - zabrzmiał jak dawny, szyderczy Draco i dodał. - Wyjątkowo lubię to, że jesteś mugolką. Dzięki temu, możemy teraz spędzać czas. Trochę głupie te okoliczności.
I odszedł.


> GODZINA PRZED BALEM <

Na rzecz balu Minerwa McGonagall, połączyła dormitoria. U Gryfonów, znajdowali się teraz również Puchoni. A u Krukonów, Ślizgoni. Mieliśmy wspólnie szykować się do wielkiej uroczystości. Bardzo mi to odpowiadało. Podczas wakacji, spędziłam wiele czasu z Arielle i czułam się razem z nią jak z młodszą siostrą. Młodszą, bo wiecznie musiałam jej coś tłumaczyć.
- Haha, Arielle, gdyby rzucił na Ciebie Imperiusa, byłabyś jak chodzące zombie! - śmiałam się czesząc jej włosy, kiedy siedziała na wielkiej pufie.
- Ja po prostu dalej nie wierzę, że... nie pójdę z Harry'm. Jest mi przykro.
Jej ciemne blond włosy, wyglądały w tym świetle wyjątkowo jasno. A z miną, którą właśnie zrobiła wyglądała jak smutny anioł. Była naprawdę piękna. Nie dziwiło mnie, że jej urok zadziałał nawet na Ślizgona. Z resztą oni chyba lubili postępować wbrew swojej naturze. Stawiać sobie wyzwania. Westchnęłam myśląc o Smoku.
- Poznałaś już Draco podczas wakacji. On też jest ze Slytherinu. Był. - poprawiłam się szybko.
- Masz rację. Po prostu, po tym co mi opowiedziałaś, o tej kobiecie...
Zamknęła oczy. Po chwili jednak wstała i w lekki sposób zmieniła temat. To była jedna z tych cech, które w niej uwielbiałam. Nigdy niczego nie drążyła, w przeciwieństwie ode mnie.
- Chodź, obejrzymy te moje sukienki i znajdziemy coś dla Ciebie.
Po raz kolejny przypominała Anioła, tym razem, ze względu na uśmiech.

***

Ron po raz kolejny wpadł na "genialny" pomysł i postanowił, że razem z Harry'm zaproszą siostry na bal. Dzięki Bogu ich szaty wyjściowe nie wyglądały już tak tragicznie, a właściwie były nimi... garnitury. Ku ich zaskoczeniu Pani Weasley właśnie je im przysłała. Przymierzyli je i spojrzeli na siebie nawzajem.
- Wyglądasz jak Stworek w ciuchach Pani Black - powiedział w końcu Ronald.
- Widziałeś kiedyś głodnego trytona?
Rudzielec popatrzył się na niego z zaciekawieniem. Harry poprawił okulary i dodał:
- Spójrz do lustra.

***

Ubrałam czarną, przylegającą do ciała sukienkę. Arielle była mniejsza niż ja, więc ta również okazała się być do połowy mojego uda. Była tylko na jedno ramię. Ubrałam złoty łańcuszek i baleriny w tym samym kolorze. Jej wybrałam sukienkę, która fantastycznie podkreślała to, jaką ją widziałam. Była biała i sięgała do kolan. Miała pomarszczony dekolt, a pod nim białe różyczki. Na samej górze, były srebrne elementy. A dół sukienki był strasznie delikatny. Ubrała do niej brązowe szpilki, na które koniecznie się uparła. Mimo swojej nieprzeciętnej anielskości, miała też pewnego rodzaju pazur, który chciała podkreślić. Z racji, że dormitoria były otwarte dla wszystkich, nasi panowie, wyjątkowo mogli po nas przyjść. Więc podekscytowane poprawiłyśmy włosy, kiedy usłyszałyśmy pukanie do drzwi. Brunet był wyraźnie zaskoczony kiedy mu otworzyłam. Dopiero gdy spojrzał na Arielle na jego twarzy pojawił się... nie do końca byłam pewna czy zachwyt. Było w tym coś dziwnego.
- Cześć McDonely, już się bałem, że podali mi zły adres. -  uśmiechnął się do mnie i podał mi dłoń. - Jestem Lyar. A Ty pewnie Hermiona Granger?
- We własnej osobie. - poprawiłam nerwowo kosmyk włosów.
- Pozwolisz, że porwę, tą... Anielice.
Ostatnie słowo wypowiedział w naprawdę dziwny sposób. Choć pewnie dlatego, że nigdy dotąd nie widział kogoś takiego jak ona.

***
(Włączcie sobie Macklemore - And We Danced na ten akapit, to było moją inspiracją)

Bal trwał już dobre 20 minut. Harry tańczył z nijaką Dafne, a Ron z jej siostrą Astorią. Obie były Ślizgonkami. Jednakże para Pottera, wcale nie udawała, że go nie lubi. Dziewczyna Rona natomiast była zachwycona ich towarzystwem, wciąż przepraszając za swoją "nadąsaną" siostrzyczkę. Kiedy w końcu Ron zaproponował, że pójdzie po coś do picia, Harry podążył za nim. W tłumie zobaczył Arielle, tańczącą z wysokim chłopakiem, który szeptał jej coś do ucha. Wyglądała fantastycznie. Harry mógłby tak stać i gapić się na nią przez wieki, gdyby nie zorientował się, że Ron już dawno dotarł do stolika z napojami.
- Widziałeś Hermione? - powiedział Harry.
Ron ledwo przekrzyczał muzykę odpowiadając mu:
- Nie! Pewnie migdali się w kącie z tym palantem!
Harry nie był taki przekonany. Skoczna muzyka, wprawiała go powoli w radosny nastrój. A kiedy zobaczył Lunę w jaskrawo różowej sukni tańczącej coś w rodzaju tańcu robota z George'm, postanowił, że będzie się dobrze bawił mimo wszystko. W oddali zobaczył Neville'a w towarzystwie Ginny. Kiedy piosenka się zmieniła na jeszcze bardziej rytmiczną, do sali wszedł Hagrid w towarzystwie Olimpii. I zaczęli tańczyć tak, że cały parkiet energicznie podskakiwał pod ich ciężarem. Nawet Dafne się rozchmurzyła. Harry postanowił to wykorzystać i przeszedł wprost do niej podając jej napój. Wyglądała zaskakująco inaczej uśmiechnięta i odłożyła ich drinki na najbliższy stolik i porwała Harry'ego na sam środek parkietu, tuż obok Arielle i tajemniczego bruneta, który trzymał ręce na jej ciele nieprzyzwoicie nisko. Wszyscy byli w niesamowicie dobrych humorach. Harry mimo tańca z Dafne całą uwagę skupiał na Arielle. Z bliska wyglądała jeszcze lepiej, loki opadały jej na odsłonione plecy, a oczy miała tak błyszczące i tak wpatrzone w... Nie w niego. Kiedy ktoś pogłośnił muzykę, jej partner przyciągnął ją blisko siebie i pocałował bardzo namiętnie. Patrzył się wprost na... Niego. Dobrze wiedział, że Harry ich obserwuje, potem pociągnął Arielle za sobą i zniknęli w tłumie.
- Nawet Cię lubię. - krzyknęła mu wtedy do ucha Dafne.

***

Patrzyłam na zegarek, mijały sekundy, minuty... A Draco wciąż nie przychodził. Po 20 minutach, zdjęłam buty zrezygnowana i strasznie smutna. Z trudem powstrzymałam się od łez. Położyłam się na łóżku i patrzyłam na błonia przez okno. Chyba jednak miałam rację. Nie lubił mnie. Musiał tylko mnie chronić. A ja głupia zakochałam się w nim jak jakaś mała 5 letnia dziewczynka, w starszym koledze siostry. Poczułam pierwszą łzę na policzku, kiedy drzwi się otworzyły. Odruchowo usiadłam. Draco patrzył na mnie przepraszającym spojrzeniem.
- Możesz wyjść. Nie chcę iść na ten głupi ba...
Nie skończyłam zdania, bo już leżałam na łóżku pod ciężarem Draco, który pocałował mnie z takim tempem, że ledwo udało mi się łapać jakkolwiek oddech. Po czym nagle wstał. Poprawił garnitur. Podał mi rękę, żeby pomóc wstać i powiedział:
- Od zawsze najlepszy sposób na to, żeby kobieta przestała narzekać.

***
( Tym razem Fergie - A Little Party Never Killed Nobody )

Na balu panowała fantastyczna atmosfera, a muzyka była genialnie dobrana. Z łatwością rozpoznałam rudą burzę włosów Renardy Fox przy Jester'ze Jolly. Mimo podeszłego wieku, podrygiwał jak nastolatek. Ginny razem z George'm i Luną tańczyła taniec, którzy przypominał dojenie krów. To były pierwsze osoby, które ujrzałam. Kompletnie nie wiedziałam co mi odbiło, że zjawiłam się tam z Draco, po tym kiedy tak długo na niego czekałam. Ten pocałunek kompletnie odebrał mi mowę. Nie wiedziałam czym był spowodowany. Ale Malfoy miał rację, przestałam narzekać. I tańczyłam razem z nim wyraźnie zadowolona z tego, że całą swoją uwagę skupia na mnie. Mimo, że na sali całkiem niedaleko nas znajdowała się Arielle. A tuż obok Astoria, która kiedyś podobno bardzo mu się podobała. Poczułam się dumna z tego kim jestem, że jestem mugolką, kujonką i być może najpotężniejszą czarownicą jednocześnie. Ale to nie to było najważniejsze. Byłam w centrum uwagi Draco.
- Ron chyba nie chce Twojej szansy - powiedział mi do ucha i obrócił mnie za rękę.
Pokiwałam tylko potwierdzająco głową. Nie chciałam rozmawiać o Ronie. Nie teraz. Po chwili zrozumiałam, czemu o to spytał. Obok Astorii dojrzałam jego rudą czuprynę, znajdującą się nieprzyzwoicie blisko. Mimo, że nie powinnam się tak czuć poczułam mocne ukłucie w sercu. Mimo to wróciłam do tańca i przez reszte wieczoru śmiałam się razem z Draconem, Arielle i Lyarem. Ten ostatni traktował Draco jak powietrze.
- Chodźmy na chwilę - powiedział do Arielle koło 23.
Już nie wrócili.

***

Bal skończył się o godzinie 1. Część gości była absolwentami, musieliśmy więc odprowadzić ich do Hogsmeade. Hagrid odprowadzał Olimpie szepcząc jej coś do ucha. Ja szłam obok Malfoya w ciszy, zastanawiając się o czym myśli. Renarda Fox szła tam jakby bez powodu rozglądając się na wszystkie strony. Przypominała mi Lunę, ale nie w ten szalony sposób. Była po prostu beztroska. Chwilę staliśmy na stacji i w końcu przyjechał pociąg.
- HERMIONA NA ZIEMIE! - ryknęła Fox.
Tylko tyle zdążyłam usłyszeć przed wielkim hukiem i milionami zielonych świateł padających ze wszystkich stron. Jednocześnie ujrzałam też mnóstwo czerwonych. W pyle ujrzałam pana Weasleya, który krzyczał coś, czego ja nie mogłam dosłyszeć. Rozglądałam się przerażona na wszystkie strony i schowałam za najbliższą beczką wina, przy pobliskim pubie. Szukałam wzrokiem osób, które znałam. Hagrid rzucał właśnie... chyba człowiekiem. Omal nie pisnęłam. Wszędzie było mnóstwo kurzu, a światła latarni zgasły. Panowała ciemność, a przebłyski zaklęć były jedynym źródłem światła. Patrzyłam z przerażeniem na wszystkie strony, przysięgając sobie w duchu, że już zawsze będę nosić przy sobie różdżkę. Zobaczyłam Draco. Obok niego mignęło zielone światło. I nagle zniknął w kurzu i mroku.



__________________


Kochani. Pierwsza z moich informacji jest taka, że bardzo was proszę o wzięcie udziału w ankiecie, która jest po prawej stronie. Druga jest taka, że  nie wiem tak naprawdę ile osób to czyta. Więc zostawiajcie komentarze. Kolejny post pojawi się dopiero, kiedy będzie tu ich przynajmniej 10. Ponieważ ostatnio zastanawiam się, czy nie produkuję się na marne :/ no i co tu dużo mówić... TAJEMNICE. Wszędzie. W tym rozdziale jest ich chyba więcej niż we wszystkich poprzednich razem wziętych. Mam nadzieję, że posłuchaliście piosenek, bo moim zdaniem idealnie oddały sytuację :D




sobota, 26 października 2013

Dwie dusze, jedno serce.


Tą notkę, chcę zacząć trochę na odwrót niż poprzednie. Wiem, że są osoby, które śledzą moje opowiadanie na bieżąco. Ten rozdział jest pełen miłości. Dzięki temu jest w nim więcej magii. Bo naśladując Dumbledore'a wiemy, że to najsilniejsza magia. I chociaż czasem niektórych zawodzi i dużo się przez nią cierpi... Nie znajdziecie w nim wielu tajemnic. Będą w kolejnym. A może po prostu dobrze je schowałam? Dedykuję ten rozdział wszystkim zakochanym czytelnikom. Szczególne podziękowania dla dziewczyn, które stale zachwycają mnie komentarzami, Mystery, Lili Potter, LoveGood oraz Lupinka. A także admini "Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć Harry?" i "Ty, wredny, mały, podstępny karaluchu", a zwłaszcza Jaśminie i Aś, które pozostawiają komentarze pod każdym postem! I  przede wszystkim mojemu chłopakowi, który czyta każdy rozdział z zachwytem i każe mi pisać książkę :)


___________________

Rozstaliśmy się z Arielle w okolicach Wielkiej Sali. Nie chciała rozmawiać. Pomachała nam tylko i ze spuszczoną głową, obróciła się i odeszła. Taka bezbronna sprawiała wrażenie jeszcze mniejszej niż zwykle. Staliśmy z Harry'm patrząc się na siebie, ale żadne  z nas nie miało ochoty na rozmowę. Po chwili udaliśmy się do naszego dormitorium. Wieża Gryffindoru widoczna była przez okno, wciąż paliły się tam światła. Na zewnątrz panował mrok. Musiało być już późno, bo w zamku nie było słychać niemal żadnych odgłosów. Czas leciał dla mnie szybko. A jednocześnie dłużył się nieskończenie.
- Hermiono... - zaczął wreszcie Harry - Wiem, że jesteś teraz zmieszana, ale sama zawsze powtarzałaś, że póki nic się nie dzieje, nie martwmy się na zapas. Poza tym, ostatnio bardzo słabo czytasz książki.
To ostatnie zdanie powiedział z uśmiechem, ciągnąc mój kosmyk włosów jak sprężynkę. Zaśmiałam się i omal nie spadłam, bo ruchome schody zmieniły pozycje. Na szczęście, bądź nieszczęście Potter złapał mnie w pasie. Spojrzałam na niego. Przypomniał mi się nasz pocałunek i wzdrygnęłam się. Harry chyba to zauważył, bo wyprzedził mnie i przyśpieszył kroku.
"Czy Ginny miała rację?" - myślałam tylko idąc za nim.
Do końca drogi już nie rozmawialiśmy. Kiedy dotarliśmy do pokoju wspólnego, pomachaliśmy tylko sobie na pożegnanie i każdy udał się w swoją stronę. Pokój dziewczyn tak naprawdę, nie był jednym pomieszczeniem. był to tylko korytarz, na którym znajdowało się mnóstwo drzwi. Każdy prowadził do prywatnego lokum. Większość z nich zajmowały dwie osoby. Ja jednak, z racji, że Ginny nie zakopała toporu wojennego, miałam pokój samotnie. Na końcu korytarza znajdował się pokój z losowym numerem 913. Nie był on za duży. Na oko 10 metrów kwadratowych. Wygodne łóżko znajdowało się tuż przy oknie (naprzeciw drzwi) z którego mogłam obserwować jezioro i chatkę Hagrida. Obok niego było biurko, ze wszystkich stron zawalone książkami i pufa w kształcie lwa. Przestrzeń koło drzwi zajmowała szafa z ubraniami i... muszę przyznać, książkami. Tuż pod nią było legowisko, które powinien zajmować Krzywołap. Wybrał sobie jednak parapet. Na ścianie po prawej stronie były kolejne drzwi. Prowadzące do łazienki. Pięknej, pokrytej marmurem na podłodze, umywalce i wannie. Wszystkie elementy łącznie z kranem były pozłacane. Pomieszczenie było niemal tak duże jak sam pokój. Zawsze kochałam tą łazienkę. Długo się nie zastanawiając zrzuciłam ubrania i udałam się na długą kąpiel. Nie pamiętam, o której godzinie wróciłam do łóżka, ale na pewno zasnęłam momentalnie.

***

Rano przy śniadaniu czułam się całkiem niewyspana. Usiadłam koło Harry'ego, który bezustannie patrzył się na wejście do Wielkiej Sali. W końcu wszedł Ron, który siadając koło nas odwrócił jego uwagę. Kiedy wszyscy sie zjawili, profesor McGonagall wstała i zafundowała nam niespodziankę.
- Zbliżający się tydzień, będzie tygodniem zjednoczenia. Po latach doświadczenia, postanowiliśmy wysłuchać Tiary i ostatecznie zjednoczyć wszystkie domy. Z tego powodu, zajęcia lekcyjne w tym tygodniu zostają odwołane.
Uczniowie zaczęli wiwatować i energicznie klaskać. Dyrektorka gestem uciszyła ten aplauz.
- Jednakże, przez cały tydzień będą odbywać się zajęcia zorganizowane. - machnęła różdżką,a przed każdym pojawiła się kartka papieru - Otrzymujecie plany, a obecność jest obowiązkowa. Jak widzicie w środę odbywa się bal. Na którym również, obecność jest obowiązkowa panie Longbottom!
Wszystkie oczy zwróciły się ku Neville'owi, który pokazywał jakieś gesty do roześmianej Ginny. Kiedy się zorientował natychmiast przestał. A dyrektorka wzniosła oczy ku niebu i kontynuowała.
- Na balu trzeba zjawić się z osobą towarzyszącą, z innego domu! Mogą - tu spojrzała na mnie - to być absolwenci naszej szkoły.


***

Arielle idąc po korytarzu studiowała plan najbliższego tygodnia. Dzisiaj był wtorek, dziwne, że McGonagall zdecydowała się na bal już jutro. Widocznie faktycznie zależało jej na zjednoczeniu. Dzisiaj mieli razem ze Ślizgonami wyścig na miotłach, a potem oni i Gryfoni pojedynki na Zaklęcia z Transmutacji.
"Muszę poszukać książki, bo przecież pomyślą, że ze mnie jakaś kompletna..."
- Idiotka! Jak łazisz? - powiedział wysoki ciemnowłosy chłopak, na którego wpadła.
Arielle spojrzała na krawat. Zielony. Nie chciała mieć uprzedzeń, ale słyszała, że Ślizgoni bywają wredni. Nie chciała jednak dać się zmanipulować już pierwszego dnia więc zadziornie spojrzała brunetowi w oczy.
- Właściwie, to jesteś wyżej i powinieneś widzieć nieco więcej. - mówiąc to odeszła, nawet się nie obracając.
W duchu zastanawiała się, czy odpowiedź była wystarczająco miła, ale i stanowcza. Czy chłopak uznał ją za słabe ogniwo? A może źle postąpiła, w końcu domy powinny się jednoczyć...

***

Ron odszedł od nas gdy tylko usłyszał o balu, ponieważ Fred i George przywołali go do siebie i szeptali coś zaciekle. Po czym oboje wzięli Rona, który miał bardzo obrażoną minę za ramiona i wyprowadzili z Wielkiej Sali. Patrzyłam chwile z rozbawieniem jak próbuje się im bezskutecznie wyrwać. Razem z Harry'm postanowiliśmy iść na błonia, ponieważ Turniej Szachów Czarodziejskich z Krukonami mieliśmy dopiero za pół godziny. Kiedy usiedliśmy w cieniu drzewa, zaczęliśmy się przyglądać ludziom. Wszyscy z ekscytacją mówili o jutrzejszym balu.
- To kiedy zaprosisz Arielle? - zagadnęłam do Harry'ego.
Na jego twarzy pojawił się rumieniec. Nieco zmieszany, odwrócił wzrok.
- Czemu pomyślałaś, że zaproszę akurat ją?
- Oh błagam Harry, patrzysz na nią tak jakbyś spodziewał się, że zaraz zza rogu wyskoczy dementor, a Ty osłonisz ją własnym ciałem.
Przez chwile zastanawiał się nad odpowiedzią. Wiatr zawiał tak mocno, że spadły mu okulary i to odwróciło moją uwagę od pytania. Nie na długo. Mogłabym przysiąc, że zrobił to specjalnie! Nie wiem jak, ale to zrobił.
- No więc? - pomachałam mu ręką przed oczyma.
W końcu odwrócił się w moją stronę i wziął głęboki oddech.
- Traktuję Arielle jak siostrę, jeśli będzie trzeba, obronię ją. To dla mnie ciężkie bo... - rozejrzał się czy nikt nas nie podsłuchuje i kontynuował ciszej - ... ona była taka zwykła. uwielbiałem ją za to. Lubiłem te rozmowy o serialach i wszystko co łączyło mnie z mugolskim światem. Dzięki temu zapominałem. A jeśli... Ten człowiek, który Cię szuka, wie o tych listach, o tych fiolkach... Ona też jest celem.
Pierwszy raz wspomniał wydarzenia z wczoraj. Mnie jednak zaciekawiło co innego.To nie była miłość. A przynajmniej ze strony Harry'ego.
- Na pojedynkach. - powiedział po chwili.
- Hm?
- Na pojedynkach z Transmutacji. Wtedy ją zaproszę.

***

George patrzył się na Rona zaciekawionym wzrokiem. Miał wrażenie, że w głowie brata rozgrywa się walka, którą tylko on sam potrafi zrozumieć. Bliźniaki od początku były skłonne wyjawić Hermionie prawdę, potem Ron się rozmyślił, a teraz sprawiał wrażenie jakby nie miał pojęcia czego chce.
- Ron! Przyjdę z Luną. - potrząsnął wreszcie bratem. - Powiedz mi tylko, czy chcesz wreszcie wyznać Granger prawdę?
Przez chwilę panowała cisza. Wiedział, że nie mogli tego dłużej ciągnąć.
- Chcę.
- Jest jeszcze coś o czym musimy Ci powiedzieć... - odezwał się po raz pierwszy Fred.
George spojrzał na bliźniaka. Wiedział, dlaczego Ten F był taki zdenerwowany.

***

"Latałam na miotle, tylko raz... nie dam sobie rady!" - myślała przerażona Arielle.
Justyn Finch-Fletchley był bardzo pewny siebie. Wczoraj w pokoju wspólnym znalazła jego zdjęcie z drugiego roku, był grubym, niezbyt ładnym chłopcem. Teraz jednak jego piegi dodawały mu uroku, a sam był dobrze zbudowany i umięśniony. Włosy dalej miał koloru węgla, podobnie jak oczy. Nie wiedziała czy z powodu jego atrakcyjnego wyglądu czy też wesołego stylu bycia, ale lubiła gdy był obok. Mimo, że znała go zaledwie jeden dzień. Pokazywał jej różne sztuczki na miotle. Trochę ją to rozluźniło. Każdy z uczniów miał napisane na tablicy nazwisko przeciwnika. Arielle i tak nie znała żadnych Ślizgonów, a nazwisko Greengrass niewiele jej mówiło.
- To pewnie ta cała Astoria. - powiedział jej Justyn, kiedy przeczytała to głośno.
Ku jej zaskoczeniu kiedy wsiadła na miotłę jej przeciwnik okazał się być... Chłopcem. W dodatku tym samym, na którego wpadła dziś na korytarzu. Uśmiechnął się do niej zawadiacko i założył okulary na oczy. Ona odruchowo zrobiła to samo. Ścigali się jedno okrążenie na boisku Quidditcha. Chwyciła mocno rękami miotły i wzięła głęboki wdech. Należała do osób, które za wszelką cenę chciały wygrać. Za wszelką cenę, może dlatego Tiara na samym początku wspomniała o Slytherinie.
- START! - krzyknęła siwowłosa nauczycielka.
Arielle odepchnęła się mocno od ziemi i poszybowała... wysoko w górę. Zanim zorientowała się, że jest niemal 5 metrów nad boiskiem jej rywal pokonał już blisko połowę trasy.
"Nie mam szans" - pomyślała zrozpaczona.
Szybko jednak dotarło do niej, że jest McDonely. A one się nie poddają. W jednej chwili poczuła, że ona i miotła to jedno. W jednej sekundzie znalazła się z powrotem na poziomie boiska, a chwile potem dogoniła rywala. Ten był jednak ciągle z przodu, Arielle nabrała jaby sokolego wzroku i dojrzała metę będąc spory kawałek od niej. Zdało jej się, że miotła też to poczuła i nagle... Niezwykłe przyśpieszenie spowodowało, że musiała zamknąć oczy. Jedyne co usłyszała to:
- Hufflepuff wygrywa!
A potem miotła posłusznie zaczęła zwalniać, a ona wylądowała tuż przy Justynie, który przytulił ją zadowolony. Była pewna, że teraz nie odpuści jej treningów Quidditcha. Zaraz obok pojawił się jej rywal. Justyn bąknął coś o tym, że zostawi ich samych i odszedł.
- Jesteś dobra McDonely.
- Ty też jesteś niezły. Chociaż myślałam, że jesteś dziewczyną. - to drugie zdanie zupełnie się jej wyrwało.
Jak na Ślizgona był naprawdę uśmiechnięty. Wydawało się to podejrzane, ale Arielle chciała nie mieć uprzedzeń.
- Myślałaś pewnie, że jestem moją kuzyneczką. Cóż, ja jestem Lyar. - wyciągnął ku niej dłoń.
Kiedy ją uścisnęła poczuła przepływ dziwnej, nieznanej jej energii. Zadziornie spojrzała na niego i się nie przedstawiła. Zabrała miotłę i chciała już zejść z boiska, poszukać wreszcie Hermiony i Harry'ego. Czuła się przy nich bezpiecznie i koniecznie chciała im o tym opowiedzieć. Gdy nagle usłyszała...
- Poszłabyś ze mną na jutrzejszy bal?

***

Wysłałam list do Draco i siedziałam w oknie na korytarzu zastanawiając się jak szybko Ruatha przyleci z odpowiedzią. Byliśmy już po wszystkich zajęciach, które miały na celu nas złączyć. Ostatnią godzinę spędziliśmy z Puchonami, uradowana Arielle opowiadała nam o swojej wygranej, a Harry stwierdził, że nie uwierzy, póki się z nią nie zmierzy. Potem poszli na obiad, ale ja jakoś nie byłam głodna.
- Co tak samotnie?
Burza rudych włosów śmignęła mi przed oczami. Ku mojemu zaskoczeniu, to NIE była Renarda Fox. Tylko Ginny.
- Przepraszam. -powiedziała nagle.
A ja tylko podniosłam się i przytuliłam ją do siebie. Tak bardzo brakowało mi starej przyjaciółki.

***

Ron nie wierzył, że jego własny rodzony brat mógł posunąć się tak daleko. Owszem podejrzewał jego... coś tam, już od dawna. Ale i tak był w wielkim szoku. Powiedział bliźniakom, żeby najpierw sami porozmawiali z Hermioną, bo to oni wszystko zniszczyli. Czuł, że zależało mu na niej, ale wiedział jednocześnie, że jego nie wysłucha. Zanim nie dowie się całej prawdy. W końcu. Po drodze do dormitorium spotkał Lunę.
- George jest na błoniach. - wypalił i odwrócił się do Grubej Damy.
- Czekam na Ciebie nie na George'a. - powiedziała swoim cichym, delikatnym głosem.
Spojrzał w jej stronę. W uszach miała kolczyki truskawki. Rzeczywistych rozmiarów. Ubrana była w granatową sukienkę w białe kropki, a jej buty także miały na sobie motyw czerwonego owocu. Wstrzymał się, bo pomyślał, że mimo tego dziwactwa musi być w niej coś niezwykłego, skoro George ją pokochał.
- O co Ci chodzi?
Zanuciła coś i obróciła się wokół siebie. Przekręciła głowę na bok.
- Nie  bądź na niego zły.
- Bo? - nawet nie spytał o kogo, wiedział.
- To nie jego wina. Myślał, że jego brat nie żyje. A osoba, którą kochał, kocha - tu wskazała palcem - Ciebie.
Nie myślał o tym w ten sposób. Teraz rozumiał dlaczego George użył eliksiru, bo chciał przed śmiercią pocałować kogoś na kim mu zależało.
- Ale nie wiedział, że to on mi się podoba. Myślał, że Ty. Z miłości robi się różne rzeczy.
Ron dobrze o tym wiedział. Fred też.

***

 Ostatecznie razem z Ginny udałyśmy się do Wielkiej Sali na obiad. Harry już tam siedział. Arielle właśnie wstawała. Oczywiście nie dotrzymał obietnicy i nie zaprosił jej podczas Turnieju. Szturchnęłam go więc w ramię kiedy Ginny poszła rozmawiać z Neville'm.
- No już, nie bij! - podniósł się.
Zatrzymał przed Arielle i uśmiechnął szeroko.
- Chcesz pójść na ten bal... ze mną?
McDonely przygryzła wargę i spojrzała mu prosto w oczy. Mogłabym przysiąc jak widziałam, że Harry'ego przeszedł dreszcz.
- Harry... Przed chwilą przyjęłam czyjeś zaproszenie.
Harry mruknął coś w rodzaju "nic nie szkodzi" i usiadł z powrotem koło mnie. Arielle ze smutkiem w oczach wyszła z Wielkiej Sali. A on cały posiłek się do mnie nie odzywał. Nawet kiedy już skończył i wychodził, nie powiedział słowa na pożegnanie. Zostałam sama. Znów nie bardzo chciałam wychodzić. Otworzyłam więc książkę od Neville'a i zaczęłam czytać od strony 251. Do końca wciąż pozostawały 662 strony. Jeszcze nigdy czytanie nie szło mi tak mozolnie. Tym bardziej, że po 10 stronach, znów ktoś mi przerwał. To był Fred.
- Jak tam pani czytająca? - zagadał - Czy nie jest już pani zbyt mądra na tak zwykłe lektury jak pomoce kucharskie?
Roześmiałam się i odłożyłam książkę. W tym momencie do sali wleciała Ruatha niosąc list z Pieczęcią Malfoy'ów. Szybko otworzyłam list i zaczęłam czytać.
- O jej Fred! - krzyknęłam podekscytowana - Draco przyjedzie dziś wieczorem, żeby móc pójść ze mną jutro na bal!
- Tak to... cudownie. - jego mina mówiła jednak co innego.



______________________________


Napiszę jeszcze coś ode mnie. No więc, pewnie czytając "miłość", wyobrażaliście sobie masę pocałunków oraz do porzygu romantyczne sceny. Ja jednak chciałam wam pokazać jej wartość. To jak bardzo człowiek jej potrzebuje. Jak cierpi, a czasem unosi się w euforii. W następnym rozdziale, motyw przewodni będzie podobny. Pojawią się jednak...




poniedziałek, 21 października 2013

Pierwsza fiolka.


Rozmowa z Tiarą była dla Arielle jednocześnie ekscytującym jak i stresującym przeżyciem. Bała się, że przez jej pytania wyjdzie na jaw, kim jest. Okazało się jednak, że Tiara wcale nie wypominała jej bycia mugolem, wręcz przeciwnie, pochwaliła jej pochodzenie i wspomniała babcie Bathildę. Potem zastanawiała się nad jej cechami. Z początku wspomniała coś o Slytherinie, ale od razu wycofała te myśl z podnieceniem mówiąc "Taka mądra! Pewnie Krukonka...", ale i nie na tym zakończyła. Uważała, że Arielle jest osobą gotową na akceptacje wszystkich i wszystkiego. Nieskalaną ani czystością krwi, ani uprzedzeniami. Widziała wszystkich na równi. I odczuwała silnie wartość magii. Przypominając to sobie Arielle słyszała w głowie doniosły głos Tiary, która od razu po tej konkluzji krzyknęła "HUFFLEPUFF".  Miała rację, domownicy przywitali ją miło i każdy cieszył się, że mają nową Puchonkę w drużynie. A chłopak, który nazywa się Justyn Finch-Fletchley, który podobno powtarzał piąty rok, a teraz jest najlepszym uczniem domu borsuka i kapitanem drużyny Quidditcha, bardzo ochoczo z nią rozmawiał.
- Musisz koniecznie przyjść na trening! Kiedy wrócił Harry, Gryfoni pewnie znowu będą chcieli wygrać Puchar Domów...
- Ten Harry, Harry Potter?
- Tak, znasz go prawda? Wszyscy go znają. Aż wstyd powiedzieć, że kiedyś uważałem, go za potomka Salazara Slytherina - wspomniał wydarzenia kiedy Komnata Tajemnic została otwarta z uśmiechem i dodał - Ale w końcu pokonał Sama Wiesz Kogo!
Był bardzo miły. To chyba była najważniejsza cecha u Puchonów. Arielle wywnioskowała z tego, że jest miła i zaczerwieniła się z własnej nieskromności. Pewnie rozmawiałaby z Justynem jeszcze dłużej gdyby nie fakt, że wielka biała sowa usiadła na kanapie i zaczęłają dziobać.
- Chyba ma dla Ciebie list - zauważył jej towarzysz.
Szybko oderwała go od nóżki sowy i krzycząc coś o tym, że to bardzo pilne wybiegła z dormitorium.

***

Pukanie drzwi, które wyrwało mnie z zamyślenia było dość energiczne i sprawiało wrażenie, że dobija się do mnie jakiś natarczywy gość. Przez chwilę w mojej głowie jawił się Draco, ale zaraz przypomniałam sobie, że do pokoju dziewczyn mają wstęp tylko dziewczyny. Mozolnie wstałam z łóżka i otworzyłam drzwi. Renarda Fox, była strasznie podekscytowana, a jej rude, długie loki zdawały się odczuwać to samo.
- Hermiona, musimy lecieć szybko do gabinetu Minerwy! Musimy to wreszcie zobaczyć!
Udając, że wiem o co chodzi pośpieszyłam za nią.
"Dlaczego ja nie słuchałam tej przeklętej rady?" - pomyślałam tylko.

***

Ginny siedząc z Harry'm w pokoju wspólnym widziała, że fizycznie jest z nią, ale myślami jest daleko. Sama była już zmęczona udawaniem pary. Bo tak to można było nazwać. Nie widziała go cały rok kiedy szukali horkruksów. Właściwie ich "powrót do siebie" był chyba tylko spowodowany silnymi emocjami. Od jakiegoś czasu myślała też o kimś innym... Pokój powoli opróżniał się z ludzi, którzy podekscytowani udawali się na błonia. W końcu zostali tylko sami.
- No powiedz to wreszcie. - nie wytrzymała Ginny.
Spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
-Powiedz, że to błąd, że wróciliśmy do siebie.
Przez chwile Harry się ocknął. Nie wiedział co teraz zrobić. Nie chciał jej krzywdzić. Tak bardzo bał się reakcji Rona. Pomyślał jednak, że tu chodzi o jego życie. Nie chciał żyć w kłamstwie.
- Tak. Ale to nie z powodu Hermiony.
Drugiego zdania jednak nie usłyszała, bo trzasnęła drzwiami pokoju dziewczyn. W tym momencie Neville jednak zawołał go na korytarz. Wyszedł nie wiedząc co ma ze sobą zrobić.
- Profesor McGonagall na Ciebie czeka.

***

W gabinecie dyrektora w Hogwarcie niewiele się zmieniło od czasu kiedy Dumbledore, siedział za biurkiem, znajdującym się na środku pomieszczenia. Różnica była właściwie tylko taka, że siedziała za nim Minerwa McGonagall, a Albus machał do niej czasem z portretu na ścianie. Weszłam tam z Renardą na hasło "Różowa skarpetka" zastanawiając się jak udało się brodaczowi przekonać do tego obecną dyrektorkę. Znajdowała się już tam Arielle, a zaraz za mną pojawił się Harry. Lekko zdezorientowana stanęłam koło blondynki.
-  Panno McDonely, powiedziałam, że przejdziemy do tego tylko w towarzystwie panny Granger, pana Pottera i... - tu surowo spojrzała na mnie - pana Wasleya. Gdzież on się podziewa, ta łajza wiecznie za wami chodziła?
Wymieniłam z Harry'm spojrzenia, modląc się w duchu, żeby nie kazała nikomu z nas iść po Rona. Wzrok dyrektorki przeszywał mnie tak, że cieszyłam się opanowania leglimencji do perfekcji. Wzięła głęboki oddech i powiedziała:
- Skoro pan Weasley, nie raczył się pojawić, nie ma co zwlekać. Panno McDonely, proszę mi to podać.
Arielle podała profesor McGonagall szkatułkę, była średnich rozmiarów. Drewniana, zamykana na złoty zawias. Znajdowały się na niej inicjały B.B. Dyrektorka otworzyła ją ostrożnie na biurku. W środku znajdowały się trzy fiolki z srebrzystym płynem. Z wygrawerowanymi napisami:
"Dolina Godryka", "Hogwart" i "Brighton"

***

Ron siedział na błoniach wyrywając trawę z korzeniami. Zastanawiał się, co mu strzeliło do głowy, ze dalej wyraża zgodę na to wszystko. Może dlatego to na niego rzucono Imperiusa? Bo łatwo się poddawał? Wiedział jednak, że musi z tym skończyć. Fred i George. Oboje. To wszystko była ich wina.
- Ron, nie możesz być na mnie zły! Sam chciałeś jechać w jednym przedziale z Hermioną, żeby nie zabijała Cię wzrokiem... - zaczął Pan G.
- Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi!
Fred pociągnął za sobą George'a sprytnie wrzucając żuka penetryka(ich najnowszy wynalazek) za jego koszule.

***

- Dzisiaj interesuje nas tylko jedna z nich. - powiedziała spokojnie dyrektorka.
Jej głos nie brzmiał tak zdecydowanie jak zawsze. Mimo tego, że Minerwa McGonagall była osobą twardą i zdecydowaną, powoli widać było po niej, że się starzeje i staje się bardziej zmęczona. Starannie ukrywała to jednak za swoim wyrazem twarzy, godnym Mona Lisy. Przechadzając się wzdłuż stołu, przyglądała nam się z oczami w których malowały się dziwne emocje. Dziwnie było mi za każdym razem, kiedy dochodziłam do wniosku, że ona naprawdę się o nas martwi. W końcu podniosła ze szkatułki, wybraną fiolkę.
- Hogwart. To nasz dzisiejszy cel.
Wiedziałam, że wspomnienia można obejrzeć w myślodsiewni. Nigdy jednak nie miałam okazji tego zobaczyć. Prawdę mówiąc, dokładnie w tym momencie zdałam sobie sprawę z zagrożenia, które nade mną wisiało. Biorąc głęboki wdech, zbliżyłam się do naczynia nad, którym stali już pani profesor, Arielle i Harry. Renarda Fox patrzyła się na nas i uśmiechnęła się ciepło. Chyba miała zamiar dodać mi otuchy, ale niestety na mnie to nigdy nie działało. Zaczynałam się denerwować, że ludzie chcą mnie pocieszać, bo jeśli to robili to mieli powód, a jeśli był powód - było i zagrożenie.
- Fox, czy możesz? - powiedziała dyrektorka wskazując drzwi.
- Oczywiście. - mówiąc to ustawiła się na warcie przy nich, niczym żołnierz.
Do płytkiej kamiennej misy, po części wypełnionej już świetlistym płynem, powoli nalewała się zawartość fiolki. Harry gestem ręki pokazał mi na nią. Trochę zdezorientowana spojrzałam na nią. Wydawało mi się, że słyszę ciche głosy. Chciałam je lepiej usłyszeć i zbliżyłam swoją głowę do cieczy i wtedy... Poczułam dziwne szarpnięcie w okolicach pępka i że spadam w dół wprost na drewniane panele. Podniosłam się rozglądając wokół, a zaraz za mną spadali po kolei Harry, Arielle aż w końcu, profesor McGonagall. Doskonale znałam pomieszczenie, w którym się znajdowaliśmy. Prawdę mówiąc, znałam je chyba lepiej niż własne dormitorium. Biblioteka w Hogwarcie, bo to w niej się znajdowaliśmy, niewiele się zmieniła. Wysokie, niemal sięgające sufitu regały z książkami ustawione jednak były w przeciwnym kierunku, a część, w której były stoliki, oddzielona była poprzez 4 ustawione w kwadrat wysokie półki, z książkami wyłącznie w kolorach: na pierwszym - czerwonego, na drugim - zielonego, na trzecim - niebieskiego, na czwartym żółtego. W kącie owej czytelni, siedziała dziewczyna i chłopak, którzy szeptali coś między sobą energicznie. Ruszyliśmy w ich stronę. Nagle zatrzymałam się. W miejscu, w którym stałam widać było, że książki mają na sobie nie tylko kolory domów, ale też pod odpowiednim kątem można było zobaczyć ich godło. Popchnięta przez Harry'ego ruszyłam dalej. Stanęliśmy tuż nad dwójką rozmawiających.
-... Bath, przecież dobrze wiesz, że Ci nie wolno! - syczał blondyn.
- Daj spokój Jace! Czy Ty wiesz co TO - pomachała mu przed nosem świstkiem papieru - oznacza? Jak możesz teraz myśleć o tym co mi wolno lub nie?
Chłopak był wyraźnie zestresowany, żyły na szyi oraz wyraźne obojczyki zdawały się pulsować. Mimo to spojrzał na swoją towarzyszkę. Bathilda Bagshot, nawet siedząc ukazywała to jaka jest drobna. Była to chyba jedyna cecha, która łączyła ją z Arielle. W przeciwieństwie do wnuczki, miała ona kasztanowe włosy i oczy koloru szarego. Dosłownie, szarego. Dopiero kiedy położyła kartkę na stoliku zauważyłam, że to list. W dodatku jeden z wielu. Na stoliku leżało podobnych z 50. Kilka pism się powtarzało. Większość była jednak pojedynczymi świstkami.
- No dobrze - szepnęła nagle Bathilda błagalnym tonem - może nie powinnam przeglądać regału Gryfonów, Ślizgonów i Krukonów, ale Jace! Oni tu piszą o wszystkim... Pisali do siebie. O WSZYSTKIM! Wszyscy słynni czarodzieje. No proszę.
Zrobiła do niego słodkie oczka i delikatnie szturchnęła go w ramię. Chłopak wyraźnie się ożywił. Widać było, że czuje coś do swojej towarzyszki. Zaczęli razem czytać listy. Nagle  wszystko się rozmyło. Znaleźliśmy się na skraju zakazanego lasu. Nigdzie nie dostrzegałam Bathildy. Wysoki blondyn stał jednak przed jednym z drzew, patrząc się do góry.
- To tutaj! Jace, to tutaj!
Nagle zrozumiałam na co się tak patrzy. Na gałęzi siedziała Bathilda, patrząc się na zamek i machając kolejnym świstkiem papieru.
- To niesamowite, naprawdę... "Droga Helgo..." bla bla bla... oooo mam! Słuchaj! "Dzisiaj latałam nad bujnym lasem, który jest domem wielu magicznych stworzeń, na jego skraju, nieopodal drzewa, które zbić Cię może przyjaciółko, zatrzymałam się na najwyższym z drzew, starym świerku. Widać z niego było widoki przepiękne. Jezioro, a przy nim wzgórze. Piękne, zielenią obrośnięte. Zdaje się, że zdolność animaga moja, pomogła nam znaleźć idealne miejsce, do założenia szkoły..."  
Po raz kolejny obraz się rozmył. tym razem znajdowaliśmy się na lekcji profesora Binnsa. I za tamtych czasów dla uczniów była to największa katorga. Wszyscy spali lub z utęsknieniem wpatrywali się na okno. Czuprynę Jace'a w pierwszej ławce, można było dostrzec ze wszystkich stron sali. Bathilda zajmowała zaś ostatnią ławkę i pisała zaparcie notatki. Dopiero wtedy przypomniałam sobie o obecności Arielle, Harry'ego i pani profesor. Ta pierwsza podeszła do swojej babci i przywołała nas gestem ręki. Bath, zdecydowanie nie słuchała wykładów. Miała przed sobą trzy różne listy.  W jednym z nich zakreśliła kolorem trzy zdania.
"Czarodzieje czystej krwi, od zawsze mugolom zazdroszczą, gdyż ich cheć wiedzy od wieków była silniejsza od naszej. Dzięki temu w dniu przyszłym pojawi się ONA, istota z legendy, księżna wśród czarownic, posiądzie moc największą i obdarzy siebie i bliskich nieśmiertelnością. (a potem zdanie pisane było wierszem)
Lecz walka o jej serca krwawą się okaże,
 zapełnią się pobliskie cmentarze,
krew spływać będzie po piersi dziewicy,
zanim potomstwo nieśmiertelność odziedziczy..."
Bath była tak zaczytana, że nie zauważyła, że siedząca przed nią dziewczyna o czarnych jak węgiel włosach, przeczytała przez ramię owy list. I zapisała coś na kartce przed sobą. Uniosła rękę, a profesor Binns pozwolił jej wyjść. I nagle wydałam z siebie okrzyk i zatkałam usta, jakby mając wrażenie, że zakłóciłam lekcje. Nikt jednak nie zdawał się zwrócić na to uwagi. Ciemnowłosa dziewczyna była... naszą nową nauczycielką. Tą, która siedziała koło Hagrida dumna ze swojego biustu i swojej osoby, dzisiaj na uczcie. Nagle wszystko zaczęło znikać.



***

Z powrotem byliśmy w gabinecie dyrektora. Spojrzałam na profesor McGonagall, która podeszła do portretu Dumbledore'a i zaczęła mu opowiadać o wszystkim co widzieliśmy. Arielle patrzyła się w jeden punkt, jakby było w nim coś, czego my nie mogliśmy dostrzec. W tym obłędzie przypominała trochę Lunę. Harry podszedł do niej i bez słowa ją przytulił.
- To mój dziadek - powiedziała.
Spojrzeliśmy w stronę miejsca, w które patrzyła. Nikogo tam nie było.
- Jace - popatrzyła na nas w końcu obecnym wzrokiem - to mój dziadek. Zmarł zaraz po urodzeniu się mamy.
Chwile czekaliśmy na profesor McGonagall, która w końcu wyjaśniła nam, że wlanie kolejnej fiolki jest niemożliwe. Bathilda objęła je takim zaklęciem, że można ją było otworzyć tylko dokładnie w 2 miesiące, po otwarciu poprzedniej. Jeśli jednak ktoś się spóźni, musiał czekać 4 miesiące. Następnie 6 i tak dalej...
- Możecie już odejść. Wyjaśnimy sobie wszystko przy następnym spotkaniu - powiedziała w końcu profesor McGonagall.
Arielle i Harry, poszli przodem. Ja zerknęłam jeszcze w stronę portretu Albusa Dumbledore'a, ale był pusty. Najwidoczniej się gdzieś przemieścił. Ale kto u diabła mógł jeszcze mieć portret dyrektora? Postanowiłam już sobie pójść. W końcu nic tam po mnie, gdy nagle usłyszałam głos dyrektorki.
- Panno Granger, proszę się nie martwić.
Obróciłam się i spojrzałam zatroskaną twarz McGonagall. Nie do końca wiedziałam o czym mówi.
- Zobaczy pani pana Malfoya już niedługo.




____________________

NIESPODZIANKA :) Macie bardzo szybko dalszą część historii, mam nadzieję, że spełnia ona wasze oczekiwania. Niestety nie wiem, kiedy pojawi się kolejna. Jak na razie ujęłam bardzo dużo wątków, które chcieliście poznać, ale dalej zostawiłam was z niedosytem. Nie mogę wam też obiecać, że w kolejnym rozdziale go zaspokoje 3:-)

sobota, 19 października 2013

Czas zmian.


Do mojej sypialni wszedł Ron... Z przerażenia wydałam z siebie zduszony okrzyk i natychmiast odepchnęłam Weasleya, w którego objęciach się znajdowałam.
- Co do... - wybuchnął rudzielec w drzwiach.
Drugi Ron zaczął rozglądac się we wszystkie strony. Szybko orientując się co chce zrobić, stojący w drzwiach rzucił się na niego i aportowali się razem. Nie mając pojęcia co się właśnie wydarzyło postanowiłam położyć się spać. Długo jednak nie mogłam zasnąć. Byłam strasznie nierozważna dając się tak zmanipulować Ronowi... No właśnie, Ronowi?

***

Rankiem z jakiegoś powodu czułam ogromne wyrzuty sumienia patrząc na Draco.O 8:00 ogłoszona została nijaka "rada". Więc siedziałam w salonie nie zważając na nikogo poza nim. W pokoju mieli się pojawić niemal wszyscy moi znajomi. Neville, Bill, Fleur... Luna - po kolei aportowali się na dywan koloru zakurzonej owcy. Oprócz nich byli tam też państwo Weasley, bliźniaki, Harry, Jester Jolly, Ginny oraz dwie osoby, których nie znałam. Jeden z nich był bardzo podobny do Neville'a i ochoczo z nim rozmawiał. A ruda dziewczyna zdawała się próbować podrywać Billa, co nie uszło czujnej uwadze Fleur, która "przypadkiem" przewróciła pod jej nogami wielką książkę. Mimo wszystko nie mogłam się skupić. Wiedziałam, że jest to ważne spotkanie, że chodzi o moje życie... Moją uwagę przykuwał jednak tylko Draco.
- Oto Hank Longbottom, brat Franka Longbottoma oraz wuj Neville'a. - pan Weasley wskazał na ciemnowłosego mężczyznę, który ukłonił się nisko.
- A ja jestem Renarda Fox - wesołym głosem oświadczyła rudowłosa.
Mogłabym przysiąc, że słyszałam jak Fleur wydaje z siebie ciche prychnięcie. Niestety reszty "rady" kompletnie nie pamiętam. Siedziałam patrząc się na jaśniejącą w świetle przebijających się promieni słonecznych, twarz Draco. On słuchał uważnie każdego słowa. Moje myśli schodziły to z jego oczu, to na jego uśmiech...
"Zaraz chwila, chyba oszalałam" - upomniałam się w myśli "Czy to możliwe, że się w nim zakochałam?"

***

Marissa McDonely kochała swoją jedyną córkę najbardziej na świecie. Miała tylko ją. Wiedziała jednak, że krew jej matki płynie w żyłach córki. Wiedziała, że kiedyś musi poznać prawdę. Nie spodziewała się jednak nigdy, że kiedy pewnego dnia otworzy drzwi, zobaczy przed nimi córkę w towarzystwie dwóch dziwnie ubranych osób... z tego świata. Siedząc przy kawie i rozmawiając z dyrektorką Hogwartu cieszyła się, że nigdy nie miała skłonności do płaczu.
- Czyli ona będzie pod waszą opieką? - powiedziała tylko patrząc na córkę.
- Zrobimy wszystko co w naszej mocy - zapewnił ciemnoskóry czarodziej.
Arielle patrzyła się na matkę. Cisnęło jej się na usta tyle pytań, zamiast tego podeszła do niej i po prostu ją przytuliła. Bała się w duchu, że może gdy miną te wakacje, nie będzie już miała okazji by to zrobić.
 - Kingsley, przynieś proszę torbę, którą przygotowaliśmy dla Arielle. - powiedziała Minerwa McGonagall.
Plan był prosty, ale realizacja mogła okazać się trudna. Mimo to wszyscy wiedzieli, że nie ma innego wyjścia. Bathilda Bagshot przekazała wnuczce zbyt cenną rzecz. Była równie zagrożona jak Hermiona.


>WRZESIEŃ<


Jeśli kiedykolwiek odczuwaliście tremę przed przedstawieniem albo poznaniem nowych ludzi, możecie mi wierzyć, że to nic w porównaniu  z tym co czułam 1 września w pociągu jadącym wprost do Hogwartu. Siedziałam w przedziale z Harry'm, Ginny, Fredem i George'm. Ron siedział w przedziale obok z Luną i Neville'm tłumacząc to w sposób niezwykle prymitywny, słowami Nie chcę psuć atmosfery. Ginny nie wiedziała, że Harry chce z nią zerwać. Myślała, że jest przejęty nadchodzącym coraz bliżej dniem walki, widać jednak było, że miała mnie za zagrożenie. Szkoda, że nie zdawała sobie sprawy z tego, w jak wielkim błędzie była. Obiecałam jednak Harry'emu, że nic nie powiem, dopóki sam nie uporządkuje tego w swojej głowie.
- Oh, to cudowne, będziemy mieć razem zajęcia! Będziesz siedział obok mnie? - szczebiotała Ginerwa.
Harry jakby nagle wyrwał się z transu.
- Co? - powiedział i widząc moje potakiwanie głową dodał - Tak, tak...
Resztę drogi rozmawiali o Mistrzostwach Quidditcha i nowym przedmiocie, który pojawia się na siódmym roku, nazwanym originalizm. Dotyczył on pochodzenia magii. Ja siedziałam zaczytana w książce od Neville'a. Dotarłam do strony 251, kiedy pociąg zatrzymał się na stacji.

***

Arielle była w Hogwarcie już od dwóch dni. Denerwowała się. Bała się, że ludzie odkryją, że wcale nie jest czarownicą, że wszystko wyjdzie na jaw... Profesor McGonagall zapewniła ją, że jej różdżka objęta jest takimi czarami, że powinna słuchać jej głosu w 95% przypadków(te słowa wypowiedziała, niemal recytując) To w pewien sposób ją uspokajało. Była jednak nowa, nie znała zwyczajów. Co gorsza musiała być w tym samym miejscu co...
- Pirszoroczni!
Rubeus Hagrid  wyraźnie podekscytowany wskazywał na nią i panią profesor. Uśmiechnął się do niej wesoło. Przez ostatnie dwa dni, zdążyła go polubić. To dodało jej otuchy.

***

Pierwszy raz siedząc przy wielkim stole brzuch bolał mnie ze zdenerwowania. Nie było Dumbledore'a, który rozluźniłby atmosferę. Na jego miejscu siedziała jednak Minerwa McGonagall. Spojrzałam na stół nauczycieli. Zastanawiałam się, co tym razem przyniesie nam los. Była tam kobieta o kruczo czarnych włosach, z dużym biustem, którym chwaliła się poprzez dkolt i wydatnymi ustami. Uśmiechnęłam się niemal od ucha do ucha kiedy przy stole zobaczyłam Jestera Jolly. Ten staruszek dalej przypominał mi dawnego dyrektora Hogwartu. Odruchowo zerknęłam na stół Slytherinu, mając nadzieję, że Draco odwzajemni mój entuzjazm. Wśród Ślizgonów jednak nie rozpoznałam jego twarzy. Prawdę mówiąc, nie rozpoznałam żadnej twarzy. Ciągle zapominałam, że Draco ukończył już Hogwart. Podobnie jak wszyscy jego domownicy, których znałam.
- Moi drodzy, rozpoczynający się rok szkolny... jest dla nas wyzwaniem! Droga, którą mamy przed sobą jest ciężka, ale i refleksyjna. Nie zapomnimy nigdy trudu i wysiłku, jaki większość z nas włożyła w obronę tej szkoły. Nie zapomnimy - tutaj pani profesor zrobiła przerwę i spojrzała na Harry'ego - o tych, którzy zginęli.
Na sali panowała idealna cisza. Nawet najmłodsi patrzyli się z powagą.
- Wzniesiemy toast, za Albusa Dumbledore'a. Który nauczył nas walki do końca! Zanim jednak zaczniemy popijać poncz, pozwólmy Tiarze robić swoje!
Ku mojemu zaskoczeniu tiarę przydziału wniosła Renarda Fox. Wesoła muzyka i piosenka Tiary, która po raz kolejny była inna popłynęła przez salę. Mówiła o tym, że dom Gryffindoru zawsze ma kłopoty, ale odwaga mu pomoże. Że Ślizgoni są dobrzy sercem kiedy tylko chcą. Że wiedza Ravenclawu może nam pomóc, a tolerancja Puchonów powinna być dla nas przykładem. Natępnie przydzieliła do domów pierwszorocznych. Na sam koniec czekała nas kolejna niespodzianka.
- Arielle McDonely!
Wszyscy zaczęliśmy patrzeć się po sobie. Przez chwile spojrzenia moje i Rona się spotkały. Natychmiast spojrzałam z powrotem na blondynkę. Tiara przydziału bardzo długo nie wydawała z siebie żadnego odgłosu. Z przerażenia ścisnęło mi gardło. Popatrzyłam z nadzieją na profesor McGonagall.
- To już koniec... - szepnął do mnie zdenerwowany Harry.
Sama nie wiedziałam jak mam się czuć w tej sytuacji. Tiara była na głowie Arielle już dobre 3 minuty. Doskonale wiedziała co jest grane.
"Kto wpadł na taki chory pomysł? Draco na pewno..." przerwałam tą myśl.
Cisza biła wszystkich po uszach. Dyrektorka wyglądała jednak na opanowaną. Gestem ręki uciszyła szmery przechodzące przez salę. Po raz kolejny zapanowała nieskazitelna cisza. Którą przerwało...
- HUFFLEPUFF!

***

Po uczcie Luna chodziła po korytarzu, jak najdalej od swojego dormitorium. Nieobecnym spojrzeniem i lekkim krokiem zbliżała się jednak do portretu Grubej Damy. O ścianę opierał się rudzielec przy, którym jej serce biło szybciej, ale nie potrafiła wyzbyć się swojego rozmarzonego głosu nawet przy nim.
- Tak Ci lepiej.
Uśmiechnął się do niej szczęśliwy.
- Czyli jak? - udawał, że nie rozumie.
Luna jednak nie była typem osoby, która odbierałaby sarkazm. Jej szczery sposób bycia był uroczy i bardzo mu się podobał. Zbliżyła się do niego na krok i spojrzała na niego swoimi dużymi oczami. Uwielbiał kiedy nie była rozmarzona.
- Bez eliksiru. Tak Ci lepiej George. - powiedziała i pocałowała go delikatnie w usta.

***

Chciałam znaleźć Arielle, powiedzieć, że nie jest sama i może na mnie liczyć. Tłum jednak przegnał mnie w stronę dormitorium. Siedząc na łóżku zastanawiałam się o co w tym wszystkim chodzi. Ruatha siedziała w sowiarni więc nie miałam nawet jak wymusić na kimkolwiek towarzystwa. Ginny udając, że mnie nie widzi, wyszła do pokoju wspólnego. A ja odczułam wielki brak przyjaciela. I wielki smutek, że Ron nie jechał dziś z nami w przedziale. Nie mogłam uwierzyć, że po tej całej dziwnej sytuacji dalej unika kontaktów ze mną. Kiedy opowiedziałam o niej Draco powiedział, że powinnam dać mu szanse i tajemniczo dodał, że wie, o co w tym wszystkim chodzi i mogę mu zaufać. Pamiętaj o szansy Dracon miał rację. On zasługiwał na szanse. Malfoy, Malfoy, Malfoy. Ciągle tkwi w mojej głowie.
- Zaraz chwila, chyba oszalałam. Zakochałam się w nim. - wyrwało mi się głośno.
Do pokoju ktoś zapukał.



___________________


Mam nadzieję, że wierni czytelnicy nie są na mnie źli, że musieli czekać tak długo. Zawał obowiązków przytłacza pewnie nie tylko mnie. Ale napisałam dla was rozdział i musze przyznać, że sama jestem z niego dumna :D tajemnic ciąg dalszy, część rozwiązana jak zawsze. Ale największa tajemnica wciąż się tu pojawia i wciąż trapi wasze głowy. Kto jest ojcem? Zobaczycie :)